sobota, 31 grudnia 2011

Bezsennie

Brak snu wygonił mnie z łóżka. W końcu ile można przewracać się bezsensownie z boku na bok.
Zamykam bloga. Dotarł w końcu do mnie absurd tego co robię. To miejsce jest zbyt intymne, by się nim dzielić, jednocześnie zbyt publiczne by być naprawdę sobą. Zaowalowania, aluzje, niedopowiedzenia, a z drugiej strony czarno, czy raczej niebiesko na białym widoczna moja żałosna postać. Do smarkania zdecydowanie lepiej nadaje się pamiętnik, a ja przecież i tak wolę papier od monitora.
Prowadzenie czterech blogów jednocześnie zresztą jest średnim pomysłem, zostaję przy trzech, jeden z nich, ten najstarszy jest w założeniu całością skończoną, więc docelowo będą dwa. O greckim, po grecku dla greckiego....
Adres w sieci zostaje. Na razie, dopóki nie dokonam "zaślubin patyków", Zbyt sentymentalna jednak jestem, by wysłać w kosmos taki kawał mojego życia.
Do pisania wrócę na pewno, ja naprawdę nie umiem bez tego żyć. Nie wiem kiedy, nie wiem jak to będzie wyglądać, na pewno inaczej. Moje egocentryczne przemyślęnia i tak nikogo nie obchodzą. Do czasu dokonania ostatecznego "klik" w ikonkę "usuń bloga" chętni na czytanie moich wypocin mogą się meldować, zostaną poinformowani o wielkim come backu:)

piątek, 30 grudnia 2011

Nuda

Średnia niezmącona niczym - tylko drugi semestr jakiś słabszy był, bo dwie czwórki wpadły. Poza tym bdb z góry na dół. Ostatni egzamin też niczego nie zepsuł.
Życie upływa na przygotowaniach do egzaminu państwowego. Nuda, panie, nuda!

czwartek, 29 grudnia 2011

Egzaminy coraz bliżej

Po przerwie poświęconej na świąteczne przygotowania i po samych świętach, od poniedziałkowego wieczora wróciłam do nauki. Coś w tej głowie mam, jakaś wiedza już się zakotwiczyła przez te półtora roku. Bez stresu i bez pośpiechu dziobię sobie codziennie jakieś powtóreczki. Jestem dobrej myśli. Stres się zacznie w dzień egzaminu:D Ważne, że nie zostawiam wszystkiego na ostatni moment, jak to miewam w zwyczaju. Dorastam, czy jak?

wtorek, 27 grudnia 2011

No i już

Po Świętach. Cokolwiek by nie mówić, mam cudowną rodzinę, dzięki której, niezależnie od tego jak by nie było źle, święta są takie jakie powinny być. Ciepłe, dobre, rodzinne.
W wigilię mamunia tak mnie wzięła w obroty, że po powrocie nóg nie czułam. Ale to było przyjemne zmęczenie, świadomość, że ona sama nie musiała robić tego, co robiłam ja jest budująca. Cieszę się, że jej pomagałam i już:)
Mały dyskomfort wprowadzał fakt, że nie wszystko dopięłam na ostatni guzik. Nie zdążyłam zrobić paznokci, i paru innych drobiazgów, tak by do wigilijnego stołu zasiąść perfekcyjnie przygotowana.
Wniosek z tego staje się moim postanowieniem noworocznym. Systematyczność! Ja mam na co dzień mieć zadbane mieszkanie, by przed żadnymi już świętami nie latać jak z pieprzem, fura prasowania w szafie jest niedopuszczalna. I na co dzień mam być perfekcyjnie zrobiona. Włosy, pazury, depilacja, itp. Już nie ma czterogodzinnych zabiegów pielęgnacyjnych przed imprezą, czy ważniejszym wyjściem. Bo na to nigdy nie ma czasu, a ja potem czuję się źle. Teraz takie rzeczy mam na co dzień!
Hehe, systematyczność nigdy nie była moją mocną stroną, ale kto wie, może tym razem się uda?

czwartek, 22 grudnia 2011

Zdążyłam

Wszystko lśni, tak jak sobie zaplanowałam. Zajęło mi to mniej czasu niż przypuszczałam, z czego jestem niesamowicie dumna. Teraz do samej wigilii pozostaje maraton przy desce do prasowania, bo prałam w tym tygodniu na potęgę.
Na Wigilię idziemy oczywiście do mamy, w związku z czym w ogóle nie interesują mnie kwestie zakupów, gotowania i tego typu zajęcia. Gdyby było inaczej - w życiu bym się nie wyrobiła. W sobotę od rana melduję się u mamy, by zaciągnąć się do służby jako pomoc kuchenna - nie mogę przecież (ze wstydu bym umarła) przyjść na gotowe, nażreć się z rodziną i wrócić do domu. Panowie zostaną w domu i nadadzą mu ostateczny, świąteczny szlif. Nie pomagali mi nic a nic, więc niech chociaż tego ostatniego dnia się wykażą.
No to co - Merry Christmas!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Zmiana

Egzaminy już za mną. Wszystkie. Jak do tej pory same piątki w indeksie (czy to na pewno mój indeks?). Tylko wynik ostatniego egzaminu pozostaje niewiadomą. Na pewno pozytywny, nie będę musiała nic powtarzać, zaliczać ponownie. Najwyżej troszkę mi boską średnią zaburzy.
A teraz zmiana. Podrywamy dupcię od komputera i zaczynamy megasprzątanie. Mój wakacyjny plan sprzątania domku systematycznie po kawałku legł w gruzach już dawno, jeszcze przez jakiś czas próbowałam go reanimować, aż w końcu dałam sobie spokój całkowicie, poświęcając się wyłącznie nauce. Teraz dla odmiany w nauce robimy przerwę i w niecały tydzień z zapuszczonej rudery musimy zrobić dom, który lśni. Uda się?

piątek, 16 grudnia 2011

Zapłacił

Wczoraj Nieślubny przytargał wreszcie do domu wypłatę. Powinnam odetchnąć z ulgą - nie oddycham. Popłacę dziś rachunki i znów będzie problem, jak przeżyć za te nędzne resztki do wypłaty następnej. Nawet zakładając, że tym razem pan szef zapłaci punktualnie będzie to niemożliwe. A jak znów wystrzeli z jakimiś opóźnieniami, to już w ogóle nie wiem, co będzie.
Zostawiam to. Teraz na tapecie egzaminy. Uczę się dużo, ale już wiem, że wszystkiego nie zdążę powtórzyć, tak, jak bym chciała. Nic to, przygotuję się najlepiej, jak się da, i niech się dzieje wola nieba.

środa, 14 grudnia 2011

Wypłaty nadal niet

Nieślubny się rozłożył, jakieś przeziębienie, chociaż nie wiem jaki udział w tej chorobie mają nerwy, będące jego udziałem. Idzie do lekarza, ale recepty i tak nie wykupimy, bo jak?

Nie wiem, nie myślę. Nie wybiegam myślą naprzód dalej niż do następnej godziny. Ciemność widzę. Ciemność!

wtorek, 13 grudnia 2011

Winna

Właściwie to ja odpowiadam za obecny stan rzeczy. Nieślubny stanął na wysokości zadania, w końcu znalazł pracę. I to lepszą niż dotychczasowe (wiadomo, szef to idiota, ciągłe cyrki z wypłatami i ciągłe problemy są i tak, ale znalazł i to mu się chwali). A ja? Spoczęłam na laurach, zamiast spiąć dupę w troki, pozwalam sobie na depresje, lenistwo i inne hipohondryczne stany.
Gdybym była fair, już dawno wzięłabym jakąkolwiek robotę i zapewniła domowi choćby ten marny tysiąc miesięcznie. Ale ten marny tysiąc mógłby sprawić, że w tej chwili nie bylibyśmy w takim dole. Ten marny tysiąc pozwoliłby nie przejmować się opóźnieniami w wypłatach dla Nieślubnego.
A ja - będąc nikim na rynku pracy - kręcę nosem, wydziwiam i szukam nie wiadomo czego. Nic mi się nie podoba i żadna praca nie jest mnie godna.
Co ze mnie za partner? Każdą inną kobietę która zachowywałaby się tak jak ja, zmieszałabym z błotem, nie chciałabym jej znać...

Ponieważ szkoła już na finiszu, pozwolę sobie jeszcze na odrobinę luzu. Założenie jest takie, że jedno CV na tydzień jest składane obowiązkowo. A zaraz po Nowym Roku zwiększam intensyfikację działań, biorę pierwsze co mi w oczy wpadnie, zmieniać na lepsze będę potem. Na razie trzeba po prostu zarabiać. Obojętnie jak.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Hehe...

Zwykle nie jadamy śniadań, nie mamy takiego zwyczaju. W tygodniu każdy wstaje o innej porze, a nawet w niedziele każdy coś tam sobie sam skubnie z lodówki wtedy, kiedy ma chęć i nie ma z tego powodu żadnego problemu, nikomu to nie przeszkadza.
Zawsze w dramatycznych finansowo czasach dopada mnie chęć na serialowe śniadanko, tzn. takie jak w serialach, soczek, płateczki, półmiski z wędlinką, serami, do wyboru do koloru. Absurd zupełny, a chęć ta, jak na złość, jest tak silna i nieopanowana i tak bardzo boli niemożność realizacji. Co ciekawe, chęć znika jak ręką odjął, kiedy już można by sobie na takie śniadanko pozwolić.
Na wieść, że nie będzie wypłaty na czas, zachciało mi się napić Coli tak bardzo jak nigdy. Nie kupuję tego napoju prawie wcale, bo zwyczajnie nie mam takiej potrzeby. Owszem, Misza jest zdolny wyżłopać każdą ilość, ale jak nie ma, to też nikomu nie przeszkadza. A teraz chce mi się tak, że chyba zacznę wyć...

Mózg robi mi psikusy, sfiksował, od tej biedy zupełnie...

niedziela, 11 grudnia 2011

A jeśli..

A jeśli nie zapłaci we wtorek? Staram się o tym nie myśleć, bo po co się bez potrzeby (mam nadzieję) martwić na zapas. No ale jeśli? Ogarnia mnie przerażenie...
Pewnie pożyczę od mamy. Zawsze zadziwia mnie fakt, jak zmienia się w takich sytuacjach wartość pieniądza. Pożyczona od rodziców stówa wcale nie łata dziury finansowej, jest kroplą w morzu, nie starcza na nic, jest po prostu niczym. A oddać ją jest tak trudno, jakby to były jakieś miliony... Nienawidzę pożyczania pieniędzy.

sobota, 10 grudnia 2011

Wypłaty brak

Podobno będzie we wtorek. Jak (za co) przeżyć do wtorku, tego pan szef nie powiedział.
Zamiast wsparcia, zaserwowałam Nieślubnemu strzelanie z focha. Ten to ma do mnie cierpliwość, nawet się nie pokłóciliśmy, mimo mojego zachowania. Z resztą profilaktycznie wycofałam się do łóżka, by przespać największe rażenie własne i nie skrzywdzić nikogo. To było nie do opanowania w inny sposób.
Dziś już spokój. Grabarza. Co się będę chlastać, lepiej się pouczę. Do wtorku coraz bliżej...

piątek, 9 grudnia 2011

Szósta rano

Za oknem ciemno, zimno. W szlafroku snuję się między kuchnią a pokojem. Z kubkiem kawy zasiadam do komputera, który mruczy do mnie przyjaźnie. Nieślubnego już nie ma, Misza jeszcze śpi. Ja i poranek. Jeszcze nic nie muszę i jeszcze mogę zdziałać wszystko. Ten dzień należy do mnie

czwartek, 8 grudnia 2011

Coraz bliżej...

... nie, nie święta, tylko egzaminy. Ostatnie w szkole, a potem zewnętrzny, końcowy. Z wielkim bólem, ale zaczęłam się wreszcie uczyć. Może jednak coś z tego będzie?

środa, 7 grudnia 2011

centymetry

Wkładam na zad spodnie, które nosiłam dwa czy trzy tygodnie temu. Oczy mi wypadły na podłogę, kiedy okazało się, że do zapięcia brakuje mi jakieś siedem centymetrów. Śliczny skok, błyskawiczny. Tylko czemu w górę?

wtorek, 6 grudnia 2011

Prakytka

Dobre wieści, Pan behapowiec podbije mi praktykę. Jedno z głowy!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Gaz

Dziś mija termin zapłaty za gaz. Rozliczenie zeszłego roku. Nie zapłaciłam i nie zapłacę, bo nie mam z czego.

piątek, 2 grudnia 2011

Grudzień

Grudzień przywitałam informacją na wyświetlaczu wagi, która powaliła mnie na kolana. Wpisana w internetowe kalkulatory wagi twierdzi, że mam nadwagę. Super, tego jeszcze nie było.
Przyszło rozliczenie za gaz (lepiej nie mówić), nie wiem czy samochód przejdzie przegląd (na przegląd też kasy nie ma), teraz tylko czekać na rozliczenie CO (wiem, czego się można spodziewać i wcale mi się to nie podoba), prądu (aż się boję), zaraz będzie do zapłacenia odstępne za mieszkanie (łojezu) i rata OC za auto. A Nieślubny informuje mnie, że szef nie ma kasy na wypłaty (która i tak nie ma szans wystarczyć na same opłaty nie mówiąc już o życiu, świętach) Super.
Mimo tych wesolutkich przemyśleń postanowiłam się nie poddać i robię swoje. I tak oto podczas sprzątania pieprznął junkers. Już dawno się nie psuł (ostatnio tydzień temu). Normalnie żyć nie umierać

środa, 30 listopada 2011

I jak?

Ano średnio, mogłoby być lepiej i byłoby, gdyby nie nagromadzenie różnych niesprzyjających wydarzeń, oraz moje odkładanie wszystkiego na później.
Ale nie jest też źle. Stworzony przeze mnie plan dnia jest najlepszym, jaki do tej pory wymyśliłam. I mam zamiar się go trzymać.
Zajęć szkolnych ubywa. To dobrze. Jednocześnie zaczyna się gorączka egzaminacyjna i to już gorzej. Pociesza, dopinguje i mobilizuje mnie fakt, że z każdym dniem, tygodniem zbliżam się do mety. Prawdę mówiąc, to, że kończę szkołę, zdobywam nowy zawód, mam gdzieś. Najważniejsze jest to, że już za chwileczkę, już za momencik nie będzie żadnych prac do pisania, zaliczeń, egzaminów do zdania. Będę tylko ja i grecki. I tego momentu już nie mogę się doczekać.
Ale ale musi być. Tak zaniedbałam naukę, że nie mam teraz zielonego pojęcia, jak do niej wrócić, od czego zacząć, jaką drogę obrać. Nie mam planu ani pomysłu na tę naukę. Mam za to nadzieję, że zanim nadejdzie godzina zero - będę gotowa i będę wiedziała, w którą stronę pójść.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Wstyd mi

Kiedy patrzę na tego bloga, zalewa mnie cała fala uczuć. Sentyment, bo to przecież, kawał mojego życia, przygnębienie, bo cóż innego można poczuć po przeczytaniu moich zapisków, znudzenie, bo ciąglę piszę o tym samym; wstyd za mój egocentryzm. Wprawdzie blog jest mój i adekwatny do tytułu, ale... chyba nie do końca o to w tym chodzi.
Blog jest nudny, to chyba nie jest historia, którą chciałabym poznać, przeczytać. To w ogóle nie jest żadna historia. Mielenie wciąż tej samej emocjonalnej papki. Zero stylu, polotu, sensu. Porażka i dramat.
Wstyd mi za siebie. Wstydzę się niemal wszystkiego, co tu napisałam. Wstyd mi, że tak bardzo się rozpaprałam, rozczuliłam nad sobą, że przestałam dostrzegać świat dokoła. Wstyd, że zamiast pisać, wypluwam tylko na klawiaturę swój egzystencjalny słowotok.
Najprościej i chyba najrozsądniej byłoby po prostu kliknąć "usuń blog" i zacząć od nowa.
Ale Nr 1 - gniot nie gniot, porażka nie porażka, ale to ja i moje życie. Czy mogę je po prostu usunąć, skasować, wyrzucić?
Ale Nr 2 - czy jestem w stanie zacząć od nowa? Nie powrócić po krótkiej chwili do punktu wyjścia? Bo jeśli nie, to jaki w tym sens?

I nawet nie mogę zapytać czytelników o zdanie, bo czytają mnie tylko dwie dobre dusze. Tak dobre, że żadna z nich nie zdobędzie się na to, by powiedzieć mi wprost: "Daruj sobie, dziewczyno i przestań zajmować się czymś, co ci w ogóle ni e wychodzi, rzuć to pisanie w cholerę".
A najbardziej żałosne jest to, że temat: "co zrobić z blogiem" wałkuję niemal z równą częstotliwością jak rozkładanie swoich flaków emocjonalnych na czynniki pierwsze. Oba z równym, zerowym skutkiem.

piątek, 25 listopada 2011

Jedno z głowy

Właściwie samo wyszło. Oczywiście znów zaspałam, ale zacinęłam zęby i działałam. Sprzątanie, wizyta w banku, zakupy, obiad... Miałam wziąć się w końcu za zadanie z praktyi. Jednak musiałabym być chyba chora, żeby zacząć działać wg planu. Zamiast tego - dokończyłam to charytatywne zlecenie. Tak więc o jedną rzecz na głowie mam mmniej. I bardzo mnie to cieszy.
I tak sobie myślę, że rysuje mi się już kierunek działania. Muszę pozbywać się obowiązków. Nie brać na siebie żadnych nowych.
Docelowo pozostaną: praca, dom, grecki. Dam sobie spokój z nowymi szkołami, może kiedyś zdecyduję się na językową. Jak będzie praca i kasa, to może jakiś sport (basen?)
Nie chcę podpadać w skrajności, stać się pustą idiotką bez zainteresowań, celów, marzeń, ambicji. Ale zdecydowanie pora ograniczyć swoje zainteresowania, pasje i inne chciejstwa. Podjąć decyzję o tym, co jest ważne, istotne, a czym nie warto zawracać sobie głowy.

środa, 23 listopada 2011

No i dupa

Wprawdzie mam już w końcu moją szekuladkę na głowie, ale nic poza tym. Rano zaspałam, potem nie mogłam się obudzić, ani zabić lenia. Przesnułam się pół dnia, ogarnęłam dom po weekendzie, ale tak na odwal się, potem wizyta z dzieckiem u lekarza, a po powrocie był już wieczór. Czyli jak zwykle porażka

poniedziałek, 21 listopada 2011

Odnaleźć się

Jak wspominałam ostatnio, zamotałam się jak kłębek. I nie wiem , gdzie jest początek tej nitki, a bardzo chciałabym ją rozsupłać.
Przychodzi mi do głowy, że zadu żo biorę na siebie, bo za dużo chcę zrobić. W konsekwencji nie robię nic, bo nadmiar rzeczy do wykonania mnie przerasta. Aktualnie: Powinnam szukać pracy, ale koniec szkoły wymaga ode nie dużo wysiłku, czasu i zaangażowania. Powinnam pisać prace, przygotowywać się do egzaminów, jednocześnie mam na głowie praktykę, której też nie mogę już dłużej przekładać. Do tego mój grecki taki zaniedbany, leży w kąciku i kwili cichutko.
A przecież przydałoby się wziąć za siebie w kwestii odchudzania. Przecież jestem bezrobotną panią domu, więc powinnam mieć idealny porządek, codziennie pyszne obiadki, spędzać czas z dzieckiem.
Już nie wspominam o takich pierdołach jak blogi do prowadzenia i czytania, porządkowanie plików w komputerze, maile do przyjaciół.
Jak kretynka wzięłam na siebie ostatnio charytatywne zlecenie, którym też się nie zajmuję, bo przecież "nie mam czasu".
Plan na dziś jest taki, że wypiszę sobie wszystko, co mam do zrobienia. Jak najbardziej szczegółowo. Muszę miec wszystko przed oczami, by na spokojnie zastanowić się jak to ugryźć.
Miejmy nadzieję, że się uda, bo z moimi planami nie bardzo mi ostatnio po drodze. Głowa nadal nie ufarbowana.

sobota, 19 listopada 2011

Urodowy weekend

NIe dosyć, że jestem gruba i nie mam już co włożyć na swój wielki tyłek, to jeszcze w swojej niemocy/depresji/lenistwie czy jak tę cholerę nazwać zapuściłam się okropnie. Bo przecież zawsze jest jakieś "jutro", kiedy to mogę zająć się paznokciami, włosami, czy jakąkolwiek inną pielęgnacją.
Wczoraj poczułam, że mam dość. Nie chciało mi się (jak zwykle) nic robić, ale zaparłam się, że poleniuchuję konstruktywnie. Spędziłam dwie godziny z kremami do depilacji, depilatorem, pęsętą, pilnikiem do paznokci i pumeksem. Nadal jestem gruba, ale zawsze fajniej być wydepilowaną słonicą niż kudłatą jak mamut.
Na dziś zostało mi farbowanie włosów i maseczka na facjatę. I będę piękna!

poniedziałek, 14 listopada 2011

Psychiatra?

Jeszcze nie załatwiłam sobie wizyty u psychiatry i właściwie po raz kolejny rozważam, czy w ogóle to zrobić. Czy naprawdę potrzebne mi leki? A co będzie, gdy w końcu je odstawię? Czy nie powinnam uporać się z tą niemocą na trzeźwo, w pełni świadomie? I wreszcie - czy ja naprawdęmam depresję, cczy tylko w dupie mi się poprzewracało z nadmiaru wolnego czasu? Może ta choroba nazywa się po prostu lenistwo?
Zamotana jestem jak kłębek włóczki. Brak mi trzeźwej oceny sytuacji. Sama już nie wiem, co jest prawdą, a usprawiedliwieniem, w które chcę wierzyć.
Zawsze byłam leniwa, ale trzymali mnie w ryzach rodzice, małe dziecko, praca. Teraz nic nie muszę i rozmemłałam się zupełnie. Spinam się tylko postawiona pod ścianą.Bo wstyd mi przed rodziacmi, wstyd przed otoczeniem, gdy nie zadbam o dziecko, wstyd mi olać szkołe, której mi się już odechciało. I może ja tej pracy jeszcze nie znalazłam, bo nie chce mi się wyjść z domu, a jeść jeszcze mam co? Może te wszystkie ograniczenia, o których marudzę już tyle czasu to tylko pretekst, by dalej nic nie robić? Nie wiem, nie potrafię tego ocenić.
Na pewno prawdą obiektywną jest moja senność chroniczna, ale:
- z takim niskim ciśnieniem mam do niej prawo;
- cały organizm mi się rozleniwił i działa jak chce. W końcu skoro nic nie robię, organizm nie jest aktywny. A skoro aktywności brak, to dla niego sygnał, że trzeba spać. Nie ma się co dziwić.

czwartek, 10 listopada 2011

I znów w dole

Mój zryw znowu okazał się chwilowy. Po dobrym poniedziałku nadszedł wtorek, który mi wszystko poprzestawiał, z Nieślubnym, który siedział w domu zamiast pracy i przeszkadzał mi swoją obecnością (nie, nie robił mi na złość - sama sobie wkręciłam, że przy nim nie mogę nic zrobić), potem środa, kiedy to próbowałam jeszcze wrócić na wyznaczone sobie wcześniej tory i wreszcie dzień dzisiejszy - totalny spadek formy, siły chęci.
Wróciłam do swojego światka, w którym nic nie ma sensu i po co własciwie wstawać z łóżka. Zmęczona już tym jestem.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Mam nowy plan i nie zawaham się go użyć!

Podzieliłam sobie dobę na części, ustaliłam kolejność działania by wiedzieć, co po kolei robić. Dziś pierwszy dzień testu. Mimo późniejszej niż planowana pobudki udaje mi się ładnie wszystko realizować. Wygląda więc na to, że plan jest dobry. Elastyczny, możliwy do modyfikcji, przestawianiea, bardzo ogólny. Raczej wyznaczający kierunek niż narzucający konkretne zadania. Dzięki temu jest szansa, że nie rzucę go w kąt, gdy tylko jakiś drobiazg pójdzie nie po mojej myśli. Może jednak nie jest ze mną tak źle, jak myślałam?

niedziela, 30 października 2011

Nijako

Po chorobie nie potrafię wrócić do rzeczywistości. Zresztą trudno wracać do czegoś, co jest... żadne, nijakie, bezsensowne. W zasadzie czuję się już dobrze, poza drobnym faktem, że mam ataki kaszlu jak stary gruźlik, a głos jak koneser wody brzozowej...

czwartek, 27 października 2011

Fizycznie

Nafaszerowana super-cudownymi witaminami czekałam w napięciu na ich niesamowite działanie. Nie doczekałam się. Nieślubnemu zapłonęły oskrzela i jak się można domyślić, chwilę później i mnie sponiewierało jakieś paskudztwo. Chęć do życia oraz każdą próbę podjęcia jakiejkolwiek aktywności zabija niemoc fizyczna. Osłabienie, zawroty głowy... Obecnie nie sprawdza się przysłowie, że chcieć to móc.

poniedziałek, 17 października 2011

Psychicznie

Po wizycie u lekarza, nafaszerowana witaminami, czuję się jeszcze gorzej niż przed. Jeszcze bardziej mi się nie chce i jeszcze bardziej jestem zmęczona życiem, którego nie mam, bo co to za życie - takie snucie się z kąta w kąt.
Radzę sobie tylko z tym, co nieodzowne, co ma termin. A więc wizyta u dziecka w szkole, wizyta w Urzędzie Pracy, u lekarza, czy gdziekolwiek indziej. Wszystko co można odłożyć na bliżej nieokreślone jutro - odkładam. A więc jutro kupię jakieś owoce, może dodadzą energii, jutro poszukam pracy, jutro posprzątam, poćwiczę, napiszę pracę do szkoły, pouczę się greckiego, obetnę paznokcie itd.
Psychiatry też poszukam jutro.

czwartek, 13 października 2011

Medycznie

Skoro zdiagnozowałam sobie depresję, postanowiłam wziąć się z nią za bary. Mam dość tej niechęci do czegokolwiek, słabości własnej i wiecznej senności. Odwiedziłam lekarza pierwszego kontaktu.
Pani doktor obadała, osłuchała, zleciła wampiriadę, czyli odsysanie krwi, po czym skomentowała wyniki: Cukier ok, tarczyca spoko, morfologia jak u chłopa. Taka pani uroda i nic pani z tym nie zrobi.
No to dupa. Zdrowa jestem jak koń, ale jednak coś nie halo. Zanabyłam drogą kupna jakieś super-ekstra witaminy, co to mają mnie na nogi postawić i zobaczymy. Jak efektu nie będzie, czeka mnie wizyta u psychiatry. Może da mi coś, co mnie naspiduje.
Swoją drogą cieszę się, że nic się nie wykryło niedobrego. Zawsze to lepiej być wariatem niż chorym na coś okropnego.

poniedziałek, 10 października 2011

Przegrana?

Koniec września objawił się spadkiem. Spadkiem energii, chęci, motywacji, wszystkiego. Próbowałam walczyć, odpuścić, olać zupełnie i każda opcja była zła. Żadna nie pozwalała żyć normalnie. Pytania bez odpowiedzi. Żal do siebie i do świata. Niemoc, rozpacz i poczucie beznadziei. A jednak w pewnym momencie coś w końcu przeskoczyło. Wszystkie elementy układanki zaczęły układać się w całość.
Zrozumiałam coś, o czym gdzieś strzępkiem świadomości wiem od dawna. Próbowałam zlekceważyć, zabić żartem, wyśmiać, zwalczyć... Już wiem, że nie dam rady. Jestem bez szans. Sama nie dam sobie rady.
Błędne koło wygląda tak. Nie mogę schudnąć, taka gruba nawet nie chcę wychodzić z domu, nie stać mnie na basen czy zdrowsze odżywianie. Nie moge odsprzątać mieszkania, bo ciągle jestem zmęczona. Nie mogę zabrać się za naukę, bo w tym bajzlu nie da się uczyć. Nie mogę nic załatwić, bo nie mam samochu, boję się jeździć samochodem, gdy go mam, bo boję się czy wszystko jest z nim w porządku. Nie ma kasy na mechanika. Nie ma kasy, by jakoś ubrać to pogrubiałe ciało. Wszystko, wszystko nie tak. I nie mam siły o tym myśleć, prześpię się, może po w staniu będę miała siły by to wszystko ogarnąć. Nie przerwę tego koła. Nie wyjdę z tego obłędu. Pojedyncze zrywy przestają mnie satysfakcjonować. I tak prędzej czy później nastąpi spadek...

Dziś już wiem, że od lat myliłam skutek z przyczyną, pokręciłam kolejność. To nie jest tak, że nic nie mogę, bo tkwię w tym kole obłędu. To nie jest tak, że dopada mnie niemoc z powodów obiektywnych. Dziś już wiem, że może stać się wszystko. Mogę nagle zostać potwornie bogata, ze świetną pracą w idealnym domu, z nowym samochodem - i tak będzie źle.
Myślałam, że skoro nie mam zapędów samobójczych, że skoro instykt samozachowawczy mam sprawny, to wszystko jest w porządku. Nic mi nie dolega z wyjątkiem lenia w dupie i rozpaprania organizacyjnego. Już rozumiem, że to chroniczne zmęczenie, senność to ucieczka przed rzeczywistością. Odzyskałam jasność myślenia i widzę czarno na białym. Potrzebuję pomocy, bo na depresję nie działa "wzięcię się w garść".

Nie stać mnie na opisanie tego wszystkiego sensowniej, mniej chaotycznie. Jednak roboczą diagnozę sobie postawiłam. Resztę zostawiam specjalistom.
Żal mi kilku ostatnich lat. Szczególnie mi przykro, kiedy uświadamiam sobie, że nie odzyskam czasu, który mogłam spędzić z dzieckiem, a nie byłam w stanie. Tak, to był poważny błąd. Jednak rozpamiętywanie i samobiczowanie się niczego nie zmienią. Pora powalczyć.

niedziela, 9 października 2011

Był sobie wrzesień

Skończyłam kurs komputerowy. O reszcie lepiej nie mówić. Waga w górę, ćwiczyć przestałam, wszystko, wszystko nie tak.
Planów na październik brak. Wprawdzie w głowie kołacze mi się mnóstwo myśli, pomysłów, planów, odpycham je jednak od siebie. Nie robię nic nowego, dopóki nie uporam się ze starociami.
Nawet nie ma co się na ten temat szczególnie rozpisywać

poniedziałek, 26 września 2011

Szkoła

Nikt się nie bawi w powolny rozruch czy nabieranie rozpędu. Wszyscy od razu lecą pełną parą. Dwa zjazdy zaowocowały czterema pracami do napisania. A to jeszcze nie koniec. Właściwie jedną powinnam mieć już napisaną, ale... jakoś brakło czasu... Weny też brak. Ale nikt mnie o to nie pyta. Nie ma więc na co czekać.

piątek, 23 września 2011

Jak zwykle

Cokolwiek by się nie działo, nowy dzień nadszedł. To, że mój prywatny świat się znowu wali wcale nie oznacza, że ten zewnętrzny przestaje się kręcić. Wsiadam więc znowu na tę karuzelę, bo jakie mam inne wyjście?

czwartek, 22 września 2011

Nic

Nie robię
Nie myślę
Nie czuję

środa, 21 września 2011

Niedobrze

W pracy u Nieślubnego coraz gorzej. Już nie ma nadziei na poprawę.
Wizyta u lekarza również nie nastraja optymistycznie.
Coraz mniej sił.
A może być jeszcze gorzej.

wtorek, 20 września 2011

Tik tak

Tiktakuje sobie zegar, a mnie się nic nie chce. Za oknem "mżymżawka", która absolutnie nie nastraja do jakiegokolwiek działania. Dziecię dzwoni ze szkoły, że czegoś tam nie zabrało i by mu donieść. Wyprawa na drugi koniec miasta, to nie jest to, o czym aktualnie marzę, szczególnie na piechotę (powitałam już Nieślubnego, więc pożegnałam się z samochodem) i przy takiej pogodzie. Wypadałoby się spiąć, tymczasem mój leń kiwa na mnie zachęcająco paluszkiem z niezłożonego jeszcze łóżeczka...

Z innej beczki. Na przekór temu, co wczoraj pisałam, jeździło mi się nieźle. Krówka mnie słuchała, nie zgasła ani razu. Cieszy mnie to ogromnie:)

poniedziałek, 19 września 2011

Kierownica

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek poczuję się pewnie za kierownicą. Albo po prostu się do tego nie nadaję, albo jak głupia wkręcam sobie w głowę masę niepotrzebnych problemów.
Odzwyczajam się od prowadzenia bardzo szybko. Już było nieźle, kiedy dopadły nas takie problemy finansowe, że krówka stała sobie miesiącami nieruszana, bo nawet nie było za co do baku wlać. Potem dla odmiany Nieślubny zaanektował pojazd dla potrzeb zawodowych.
W tej chwili odzyskałam krowiszcze na parę dni i... gaśnie mi cholera na każdym skrzyżowaniu. Denerwuję się, bo nie jestem pewna tego samochodu. Ciągle brak kasy, by wysłać ją so samochodowego spa, żeby Pan Mechanik dopieścił ją z każdej strony, naoliwił, zapodał jakieś maseczki, wymasował śrubeczki i inne bzdury.
Nie boję się wypadku. Przepisy znam, mocno chcę wierzyć, że inni użytkownicy drogi też. Zawrotnych prędkości nie rozwijam, tym bardziej, że poruszam się wyłącznie po mieście, więc nawet nie mam gdzie. Boję się, czegoś innego. Że coś się posypie/zapali wybuchnie. To moja schiza, która prześladuje mnie za każdym razem gdy wsiadam za kółko. Da się to leczyć?

niedziela, 18 września 2011

Słabo

Wczorajsze zajęcia się nie odbyły. Nie powiem, żebym rozpaczała z tego powodu. Ani nie lubię przedmiotu, ani prowadzącego. Za to wykorzystałam wolny czas na ploteczki z przyjaciółką. Tego mi było trzeba!
Chodzę jeszcze trochę do tyłu po zarwanych przed komputerem nockach. Trochę odsypiam, trochę się snuję. Do tego Nieślubny wybył w delegację, więc rozprężyłam się totalnie. Będę musiała ponadrabiać parę drobnych zadań, chociaż tak naprawdę marzę tylko o tym, by solidnie odpocząć. Jutro znów się nie uda, bo muszę wykorzystać fakt, że chwilowo jestem mobilna (Nieślubny zostawił samochód) i pozałatwiać parę papierków urzędowych. Na piechotę nie będzie mi się chciało i będzie mi szkoda czasu na wielogodzinne spacerki. Zresztą nie bardzo mam pomysł na to, jak taki odpoczynek miałby wyglądać. Samo odsypianie nie bardzo mi wychodzi, ciągle coś mi przeszkadza. Jak sobie wymyślę, co by to miało być, to i czas na to sobie zorganizuję.

Coś mi się wydaje, że przestaję panować nawet nad ojczystym językiem. Odnoszę wrażenie, że wtykam tu masło maślane, a składnia moich zdań chyba woła o pomstę do nieba. Jakoś jednak nie mam weny, by zadbać o formę. Ciśnie mnie by wypluć treść i to wszystko.
Nic to, przypalam głupa i wczuwam się w Scarlett: "Pomyślę o tym jutro"

(Albo kiedy indziej)...:D

sobota, 17 września 2011

Dałam radę!

Maraton komputerowo-internetowy zakończony. Z ogromną ulgą wyłączyłam komputer. Jestem ogromnie zadowolona z faktu, że dałam radę, że mam to już za sobą, że wykreślam grubą czerwoną krechą kolejne, duże zrealizowane zadanie.
Jednocześnie jestem ogromnie zmęczona i wściekła na siebie, bo mogłam to wszystko zrobić dużo mniejszym kosztem, bez takiego obciążenia i bez oddechu tykającego zegara na plecach. No cóż, to moja od lat niewyleczona przypadłość, że dopiero pod presją czasu się spinam, że wszelkie równomierne rozkładanie pracy nie działa w moim przypadku. I - jak zawsze po takim wysiłku i stresie - obiecuję sobie, że to był ostani raz, że teraz już będę pracować z głową, po kawałeczku, regularnie....
Mam okazję się wykazać. Dziś pierwsze zajęcia ostatniego semestru w szkole. Wobec czego obiecuję sobie uroczyście, że wszelkie prace zaliczeniowe będę pisać od razu, po otrzymaniu tematów, nie na trzy dni przed terminem oddania:) Uda się?

A przy okazji: Znalazłam jeszcze parę interesujących mnie e-kursów. Jednak nie tykam żadnego aż do skończenia szkoły. W ogóle nie biorę na siebie nic nowego dopóki jej nie skończę. Potem - zobaczymy.

I jeszcze jedno. Nie umiałam sobie poradzić z bezsensownym klikaniem w FB, w ciągle te same blogi itp. Ostatnie wielkie skurczenie posiadanego czasu skutecznie mnie z tego wyleczyło. Owszem - zaglądałam w moją dyżurną listę "ulubionych". Ale juz nie 15 razy dziennie:).

Podsumowując całość - jest dobrze:)

piątek, 16 września 2011

Do przewidzenia

Można było przewidzieć, że jak mi się część planu posypie to i reszta runie jak wieża z klocków. Nie dałam rady wczoraj poćwiczyć. Na szczęście w zapasie miałam jedną przećwiczoną na zapas sobotę, więc można przyjąć, że w tym zakresie nadal jestem na bieżąco z planem.

Gorzej z kursem. Wczorajsza awaria narobiła mi ogromnych strat. Więc dziobię od rana i jeszcze wierzę, że mogę, że podołam. Będzie trudno, szczególnie, że weekend mi odpadnie, bo zaczyna się szkoła.

To wszystko tak naprawdę to bzdety. Niby ważne dla mnie ale bzdety. Cieszę się jak głupek kolejnymi skreśleniami w kalendarzu, by nie myśleć o tym, co tak naprawdę zaprząta mi rozczochraną. Praca Nieślubnego wisi na włosku, a włosek ów wykręca się w wielki znak zapytania. Modlę się i wzywam wszystkie możliwe moce: Dajcie już spokój! Nie zniosę kolejnego kopa! Ja naprawde jestem już wystarczająco doświadczona przez życie!

czwartek, 15 września 2011

Złośliwość rzeczy martwych

Nie przewidziałam, że może mi się schrzanić oprogramowanie na którym aktualnie pracuję, i które jest mi niezbędne jak tlen, by działać dalej. Jestem w czarnej ..... . Dzisiejszy dzień można spisać na straty. Fuck!

Dobra, dobra, mam co robić, zajmę się czymś innym. Ale i tak jestem wściekła maksymalnie. Mogę, nie? Poza tym, co z tego, że zrealizuję co innego, skoro w tej chwili number one jet ten chromolony kurs? I tego dnia już nie odzyskam... wrrr

środa, 14 września 2011

Takie tam różne, bieżące

Zafiksowałam się na ten kurs komputerowy. Poświęcam mu mnóstwo czasu, wszystko inne niemal leży odłogiem - z rzeczy pozostałych robię tylko absolutnie niezbędne minimum. Pocieszam się, że jeszcze tydzień takiego maratonu i będzie można kolejne zadanie odfajkować i zająć się następnym.
Treść kursu kopiuję sobie do pliku tekstowego. Niestety nie da się zerżnąć całości za pomocą CtrlA, CtrlV, trzeba dziobać ręcznie po kawałeczku, co jeszcze wydłuża cały proces, ale dzięki temu będę mogła wrócić do tych informacji, przeanalizować to, co robię "po łebkach".
Przy okazji przychodzi mi do głowy, że lubię tę dziobaninę. Mogłabym mieć taką pracę, najlepiej wykonywaną w domu. Teraz mam wyrzuty sumienia, że zaniedbuję inne pola. A gdyby ktoś mi za to płacił? Od razu byłoby lepiej:)

Ćwiczę nadal. Ostatni przerażający przyrost wagi był spowodowany jak się zdaje babskimi cyklami. Nadal nie bardzo widzę efekty, ale nadal dzielnie walczę. Znalazłam jeszcze kilka par spodni, w które nie wchodzę i postanawiam kontrolnie, na początku każdego miesiąca dokonywać przymiarek:) Może w końcu się uda:)

Wpada mi też do głowy milion różnych pomysłów na przyszłość. Musiałabym je zapisywać, choćby gdzieś na brudno. Wiem, że na razie nie wezmę na siebie nic nowego, ale przecież moja obecna lista "to do" się skończy i wtedy... Wtedy właśnie będę musiała mądrzej rzecz rozplanować, nie chcę się znowu wkopać w: "nie ma mnie dopóki nie skończę z...". No ale to wszystko melodia przyszłości.

wtorek, 13 września 2011

Ograniczenia

Ograniczenia stawia mi moje własne ciało. Odkryłam właśnie, że nie umiem ćwiczyć zaraz po przebudzeniu. No nie ma szans, ciało nie słucha mnie w ogóle. O ile w tej chwili nie jest to jakiś problem, bo i tak za ćwiczenia zabieram się dopiero po wysłaniu Miszy do szkoły, więc już po jakimś rozruchu, tak zastanawiam się, co będzie jak pójdę do pracy. Jedyne rozwiązanie jakie mi przychodzi do głowy, to wstawać jeszcze wcześniej. Może wtedy ciało zdąży się obudzić. No ale średnio mi to pasuje już teraz jestem ciągle niewyspana....
Tak czy inaczej dobrze wiedzieć, nie będzie zaskoczenia jak przyjdzie co do czego. A w tej chwili mam czas, by spróbować jeszcze inaczej przeorganizować dzień i wymyślić sposób na zmuszenie organizmu do porannego wysiłku.

poniedziałek, 12 września 2011

złośliwie, przewrotnie

Zadziwiające jak przewrotnie/złośliwie działa umysł, psychika, organizm ludzki, czy jakkolwiek by tego nie nazwać.
Im mniej mam czasu, im bardziej powinnam sobie odpuścić pisanie, tym bardziej czuję ten mój przymus wewnętrzny by natychmiast podzielić się tym, co mi się w tej łepetynie kłębi. Nie inaczej jest i teraz. W ogóle nie powinno mnie być przy komputerze, nie mówiąc o tym, że na blogu tym bardziej. Ale co ja poradzę - czasem człowiek musi...

Cała nadzieja w tym, że ilość przemyśleń, które "muszę" przekonwertować we wpis blogowy przerodzi się w końcu w jakość...

niedziela, 11 września 2011

O ćwiczeniach

Pisałam jakiś czas temu, że mam problem z jednym ćwiczeniem. Kręgosłup tak mi się zastał, a dupa tak obrosła tłuszczem, że nie mogłam ich oderwać od ziemi. Dałam na luz, ćwiczyłam co innego, by plan pt. (sto powtórek dziennie) był wykonany, a tamto próbowałam pomalutku. I jest coraz lepiej, każdego dnia robię coraz więcej powtórek, wobec czego w innym tempie niż planowałam, ale jednak zrobię je do końca.

Ten mój plan ćwiczeń w ogóle jest śmieszny. Wyciągnięty z jakiejś gazety sprzed lat. Kiedyś uparłam się, że go zrealizuję. Wpisałam sobie ładnie do kalendarza i z czasem okazało się, że narzuciłam sobie zbyt dużo, więc go zmodyfikowałam. Zmodyfikowany wpisałam do kalendarza i... znów okazał się zły. W międzyczasie milion razy z ćwiczeń rezygnowałam, potem wracałam i tak na zmianę. Ten plan również nie odpowiada moim możliwościom czasowym, ograniczeniom, jakim w chwili obecnej podlega moje ciało, ale nie chce mi się go już przepisywać. W kalendarzu stoi tak, jak to zapisałam cztery lata temu, ale realizuję go trochę inaczej. I śmiesznie mi jak patrzę na daty z 2007 roku:)

Co by nie mówić, szkoda czasu na przepisywanie na różne sposoby tego jak mam ćwiczyć. Lepiej ten czas poświęcić na samo ćwiczenie. Przyjemność z wykreślania kolejnych zrealizowanych etapów jest ta sama. Dla dwojej własnej satysfakcji będę sobie wpisywać również na blogu swoje osiągnięcia w tej dziedzinie, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że nikomu to nic nie mówi i wyglądać będzie śmiesznie:)
Niemałym sukcesem jest dla mnie fakt, że to już prawie trzy miesiące, jak ćwiczę regularnie. To do mnie niepodobne:)

A więc dla potomności i własnego wglądu w progres: Wrzesień zaczęłam z datą 01.10.2007:) Zobaczymy jaka data będzie na początku października:)

sobota, 10 września 2011

Mam co chciałam

Trochę się będę powtarzać, bo wracają przemyślenia sprzed lat, ale uaktualniły się nieco i chcę je zebrać do kupy.
Chciałam pracować - pracowałam i narzekałam (no dobra, było na co, bo pracy marzeń toto nie przypominało nic a nic).
Kiedy ojciec pił, wydawało mi się, że to przez niego nie mogę być szczęśliwa. Przestał, zmienił się. Doceniałam, byłam z tego zadowolona, ale do szczęścia wciąż było daleko.
Chciałam mieć rodzinę. Własną. Mam. I znowu nie tak. Znów szczęścia brak, bo nie jest jak w bajce, bo to, bo owo.
I znów sobie wymyśliłam problem. Bo nie mam na nic czasu, bo nie czytam, nie piszę, nie rozwijam się...
A w międzyczasie straciłam pracę - dramat. Wyjaśniać nie trzeba. A nowej znaleźć nie mogę.


Kilka dni temu leżałam sobie w wannie, myśli pływały jak woda wokół mojego ciała i doszłam do absurdalnego wniosku, że jestem szczęśliwa! Mam co chciałam!
O ojca jestem spokojna, mogę mu zaufać, Nieślubny księciem z bajki nie jest, ale czy prawdziwi książęta istnieją? Nie oszukuje mnie, dba o mnie jak potrafi, trwa przy mnie próbując przetrwać wszystkie zawirowania i wiatr wiejący w oczy.
Syn zdrowy jak koń. Niełatwy w prowadzeniu. Ale czyż nie większa będzie satysfakcja, jeśli zdołam tę cholerę wyprowadzić na ludzi?
Czytam, piszę (byle co, byle jak, ale robię to!) W jakiś tam sposób drobnymi kroczkami rozwijam się - szkoła, język, kursy, coś się dzieje.
Nie mam pracy - za to mam czas. Na to, by robić wszystko to, co kocham, a także na to, by przygotować się do odwrotnej sytuacji, czyli: mam pracę - (i tu niespodzianka) mam czas! Bo wszystko jest kwestią organizacji i jak się chce, to można zrobić bardzo dużo. Owszem, na pewno nie w takim wymiarze jak teraz, ale można.

Jest mi dobrze. Idealnie nie będzie nigdy. Ale przynajmniej jest do czego dążyć!

piątek, 9 września 2011

Tak jak myślałam.

Nie lubię czwartków. Nie poszedł mi wczoraj ten dzień. Koniec końców zrobiłam co miałam zrobić, jednak nie tak jak chciałam. Mimo wszystko ze swoimi "must do" muszę się uporać zanim chłopaki powracają, bo potem to tylko stres i frustracja i jeszcze im się obrywa.

Nadchodzi weekend, więc przede mną dni bez spinki, napinki, sprężania, stresu i tym podobnych. Błogie lenistwo! I like it!

czwartek, 8 września 2011

Czwartek

Chyba nie będę lubić czwartków. To dni, kiedy z uwagi na plan lekcji Miszy mam bardzo mało czasu. Szczególnie dzisiejszy jest do bani, po porannej kłótni z moim nastolatkiem, najchętniej zagrzebałabym się pod kocyk i przeżywała jak mi źle. Tymczasem trzeba się spiąć, jeśli za kilka godzin nie chcę żałować, że dzień mi przepadł w odmętach lenistwa.

Jestem tak bliko zrealizowania jednego z zadań - i to przed czasem, że aż zastanawiam się, czy trochę go nie rozszerzyć, nie zrobić więcej niż było planowane... Zobaczymy jak pójdzie i co z tego wyniknie.

środa, 7 września 2011

Meliska

Bycie matką nastolatka to katorżnicza robota. Normalnie pchanie łańcucha. Wydawać by się mogło, że wszystko można ładnie ogarnąć i poukładać. Bzdura. Opór pojawia się tam, gdzie się człowiek najmniej spodziewa. Przeforsowanie swojej woli, bądź dojście do dopuszczalnego kompromisu graniczy z cudem i wysysa posiadane pokłady energii i dobrej woli do cna. Dlaczego dzieci są takie skomplikowane? W celu uniknięcia zostania trafioną przez nagły szlag wspomagam się meliską. Może rozwiąże supeł w żołądku i uspokoi rozkołatane serce? To nie jest na moje nerwy...

Poza tym idzie dobrze. Pomaluśku i do przodu. Niedługo będę się chwalić:) Byłoby dużo lepiej, gdyby nie mój cholerny netoholizm. To zadziwiające ile czasu potrafię zmarnować na wciąż tych samych stronach...

wtorek, 6 września 2011

Urodziny

Były milsze niż się spodziewałam, tym bardziej, że w ogóle nie miałam ochoty ich obchodzić. Nieślubny wygrał w plebiscycie na największe zaskoczenie życia!
I to by było na tyle. Wracamy do prozy życia. Nic, kompletnie nic mi się nie chce. Czyli nic nowego.

poniedziałek, 5 września 2011

Dobrze idzie

Wygląda na to, że w 31 rok życia wkraczam zgodnie z planem. Zrobiłam kolejny moduł kursu internetowego, rozpoczęłam nowy projekt, który zupełnie niedawno sobie wymyśliłam, do tego udało się nie olać gimnastyki, zrobić obiad, posprzątać mieszkanie, a nawet trochę poleniuchować.

Tylko błagam - zmory, depresje, lenie i niechcieje - trzymajcie się ode mnie z daleka!!!

niedziela, 4 września 2011

Ruszyła maszyna po szynach ospale?

Leniwa niedziela czyli standard. Snuję się jak zombie i nic mi się nie chce. I tak mnie wkurza że mi się nie chce, że aż nie mogę patrzeć na siebie w lustrze. Może warto by poświęcić chwilę wyglądowi, żeby można było jednak w to lustro zerknąć...
Z tej złości na samą siebie zajrzałam w końcu do kursu komputerowego, przerobiłam jeden dział. Hmmm to może jest szansa? I tak nie zrobię tego jak planowałam - na to nie ma szan - by naprawdę czegoś się nauczyć. Raczej metodą ZZZ ale przynajmniej będzie satysfakcja że tak zupełnie nie odpuściłam...
Patrzę na podsumowanie sierpnia / plan na wrzesień. I myślę sobie, żeby tym razem podziałać jednokierunkowo. Wybrać zadanie o najkrótszym terminie i zająć się tylko nim. Ewentualnie pozostałe sobie zostawić na sytuacje, kiedy na to pierwsze nie będę już patrzeć. Jest to jakiś sposób i całkiem mi się on podoba. Zobaczymy jak będzie w praktyce.

Wiem, mam za dużo tego - sama sobie tak wymyśliłam, co przy mojej rozlazłości okazuje się mało wykonalne. A tu jeszcze wymyśliłam sobie coś nowego i powinnam zacząć to od jutra. Jutrzejszy dzień będzie dobrym na rozpoczęcie czegoś nowego... Muszę to jeszcze przemyśleć, ale korci mnie bardzo...

sobota, 3 września 2011

O porażkach, lenistwie i co z tego wynika

Nie podoba mi się ta moja waga. Szczerze mówiąc po dwóch miesiącach ćwiczeń spodziewałam się czegoś lepszego, w sensie wyniku, a tu nic. Nie, no chlastać się nie będę. Ale jakoś przykro. Tym bardziej, że postanowiłam kontrolnie założyć Dżinsy Od Których Wszystko Się Zaczęło (to znaczy ten, na których po raz pierwszy zauważyłam że tyję) i... bez szans. Jak to możliwe, że one mi się w pasie zapinały, a teraz nawet przez biodra nie chcą przejść? Zastanawiałam się co z tym zrobić i... nic nie zrobię. Teoretycznie mogłabym sobie narzucić więcej, bardziej intensywnych ćwiczeń. Ale i tak wiem, że w praktyce to się nie uda. To i tak cud i sukces (ba, MEGA SUKCES!), że od tylu dni nie odpuszczam ćwiczeń. Lepiej robić tyle, niż nic. A wiem, w końcu siebie znam, że po trzech dniach większych partii ćwiczeń rzucę to wszystko w cholerę, bo:
-braknie czasu
-energii
-czegoś tam jeszcze
Co i tak się sprowadza do tego, że po prostu wygra ze mną mój leń. Zresztą akcję ćwiczeniową mam zamiar również kontynuować kiedy (mam nadzieję, że kiedyś w końcu to nastąpi) pójdę do pracy, a wtedy naprawdę problemem może być brak czasu. Dlatego przyzwyczajam się do krótkiej gimnastyki. Dieta też nie wchodzi w grę. Ot, musiałabym się trochę mocniej pilnować, bo jednak majonezik moim przyjacielem jest od jakiegoś czasu, a moja waga chyba go jednak nie lubi. Wobec powyższych argumentów kontynuuję to co jest i czekam na efekty:)

Druga sprawa jest tak głupia, że nic tylko rozpędzić się dobrze i porządnie odbić od najbliższej ściany. Mój leń doprowadził do tego, że po wyjściu z wanny "nie miałam już sił" na balsamy i inne bzdury, dzięki czemu skóra ze mnie złazi płatami i tyle było mojej i tak mizernej opalenizny. Trza by wziąć tego lenia za kark i wytrzepać porządnie, bo mi - chamski sznurek - na urodę źle działa.

Po trzecie podsumowanie sierpniowe wkurza mnie mocno i ogromnie mi się nie podoba. Istnieje więc szansa, że w końcu rzeczywiście zepnę pośladki i coś z tym zrobię zamiast tylko narzekać i to jest zdecydowanie pozytywny akcent:)


piątek, 2 września 2011

Zmiana trybu

Z wakacyjnego na szkolny. Wcale nie tak łatwo się przestawić. Zdążyć ze wszystkim zanim Misza wróci ze szkoły. Da się? Zobaczymy!

czwartek, 1 września 2011

Był sobie sierpień

Jakoś mało można zapisać w sierpniu po stronie sukcesów. W sumie nie ma się co dziwić, jakiś niefajny nastrojowo był to miesiąc. Raczej rozmamłany niż w nastawieniu bojowym.

Waga stoi w miejscu. Jednak udało się ćwiczyć wg planu i to dobrze. Wprawdzie dwa dni sobie odpuściłam, ale ćwiczyłam w soboty, które planowo nie są dniami, w których robi się cokolwiek.
Mail wyczyszczony, także in plus.
Notatki z technikum - przepisywanie idzie zgodnie z planem. - in plus.
Kurs komputerowy - porażka - praktycznie nieruszony.
Sprzątanie domu - lepiej nie mówić.
Nauka greckiego i grecki blog - obsuwa na całego.

No nic, mamy przed sobą wrzesień:) Czysta kartka, więc zapisujemy:
-dokończyć przepisywanie notatek - termin do 10 października
- dokończyć odgruzowanie domu - termin do 28 września
- dokończyć kurs komputerowy - termin do 19 września (nie wiem czy to jest w ogóle realne...)
- nauka greckiego i blog - uzupełnić sierpień na blogu, zrobić wrzesień i październik, żeby było na zapas) - termin do końca września.
- i oczywiście schudnąć do tych cholernych 65 kg - do końca września

Mało realny ten plan, ale nie tyle o realizm tu chodzi, co o wypisanie sobie co jest do zrobienia. Jak pójdzie, tak pójdzie. Spotkamy się pod koniec miesiąca, to się będę rozliczać:)

środa, 31 sierpnia 2011

Środa

Środa.

Tak, środa, to dobry dzień, by zmienić swoje życie. Doskonały. Pora w końcu przestać się mazać, a zacząć działać. Żyć aktywnie, twórczo, produktywnie, rozwijać się. Tak! Właśnie dziś zacznę!

Start! Środa, godzina 5,30, Nieślubny właśnie wyszedł do pracy, a skoro się obudziłam, to bardzo dobrze, nie wolno przesypiać życia! Będzie więcej czasu na samorealizację!Dzień zaczynamy od szklanki wody - to na wypłukanie toksyn z organizmu i podkręcenie metabolizmu. Potem śniadanie - do pół godziny po wstaniu. To również podkręca metabolizm, a mi na tym zależy, bo przecież muszę schudnąć w końcu. I gimnastyka, to ważne!
Jakaś rozespana jestem i ssie mnie w żołądku strasznie, ale nie jestem w stanie przygotowywać jeszcze śniadania. Zaleję się kawą, będzie szybciej, oszukam trochę żołądek! A z tą wodą to zacznę od jutra.

Z kawą wędruję do komputera. Na przebudzenie. Odpiszę na maila, poczytam coś. Tak, koniecznie trzeba przejrzeć blogi. Te o nauce języków (trzeba wrócić do nauki greckiego - zaniedbałam go ostatnio) i te o motywacji, samorozwoju (muszę się odpowiednio zmotywować). Kurcze, ale fajnie. Ludzie się uczą. Ładnie sobie realizuję te plany nauki. I tak po kolei osiągają kolejne sukcesy. Ze mną też tak będzie! Przecież mogę, nie?

O rany, już 6,30, godzinę tu siedzę! No dobra, to jeszcze fajeczka, zajrzę w tym czasie na te "normalne", życiowe blogi i biorę się do roboty. Fajnie sobie ludzie żyją i fajnie piszą. Ja tak nie umiem. Może dlatego, że u mnie się nic nie dzieje. Siedzę tylko w domu, sprzątam, prasuję, nuda. O, jeszcze tam dawno nie zaglądałam.... Rozpisała się dziewczyna ostatnio!

Zapaliłabym ale fajki mi się skończyły. Kiosk już otwarty, ale trzeba by się umyć, włosy ujarzmić, bo wczoraj poszłam spać z mokrymi i siano mam w tej chwili na głowie... Ale miałam poćwiczyć... No dobra, to zapalę, poćwiczę i opłukam się szybko jeszcze raz. Nie ma problemu. Już idę, zerknę tylko jeszcze na FB i NK...

- Cześć, mamo!
O jej, no to już poćwiczyłam:( Nie zdążyłam tego zrobić zanim Misza się obudzi. No dobra, to poćwiczę jutro. A teraz zrobię nową notkę na bloga. Tak, to dobry pomysł!

Co? Już dziewiąta? O matko, jak ten czas leci, a ja w lesie... Trzeba się brać za sprzątanie. Aaaa.. ale przecież śniadanie miałam zjeść, to idę do kuchni. Ale tu bałagan. Dlaczego jestem jedyną osobą w tym domu zdolną do mycia garów? W sumie to trzeba było je umyć wieczorem, dziś miałabym mniej roboty... No dobra, dzisiaj tak zrobię. Przed pójściem spać będę miała porządek. Śniadanko, fajeczka... druga kawka... No to bierzemy się za sprzątanie, skończę tylko czytać ten artykuł.
Włączamy muzyczkę, coby się lepiej sprzątało. Odpalę też gadu, może Bet będzie mogła pogadać z pracy... O! cześć Aga, u mnie nic nowego, sprzątam właśnie... potem mam kupę prasowania... A w ogóle jest jakoś do kitu. Nic mi nie wychodzi...Będę za chwilę, pozmywam gary...No już...

Kurcze, właściwie łazienka wymaga już gruntownego sprzątania. Ale to jutro, dziś jest już późno, dziś takie codzienne zrobię.

Jeszcze tylko podłogi zostały do zmycia. Ale zrobię sobie kawkę, bo jakoś mi się spać chce. To gdzie masz tę imprezę Aguś? Fajnie... Nie, ja nigdzie nie chodzę, wiesz jak jest... kasa...
Nic ta kawa nie działa. Ledwo żyję. Machnę tę podłogę i zdrzemnę się troszkę, jeszcze tyle mam do zrobienia. W takim stanie i tak się do niczego nie nadaję...

O rany, czternasta dochodzi. Jakiś obiad trzeba robić. Co by tu... Nie, najpierw kawka, bo się nie obudzę. Przy okazji sprawdzę maila. Pusto. A, oferty pracy trzeba przejrzeć... Znowu nic nie ma. Lipa. No to obiad. Kurcze, trzeba jakieś zakupy... No to makijaż... A gdyby tak inaczej ułożyć włosy?? O, tak jest nieźle. Ale późno już. Kupię dziś jakąś mrożonkę. Jutro już zrobię prawdziwy obiad. Ciekawe czy coś nowego pojawiło się na blogach językowych... Kurcze, miałam się uczyć dziś... Ile komentarzy! Ciekawe co piszą? Racja, trzeba się uczyć codziennie. Ja tez tak będę!

Hmmm... co ja właściwie miałam dziś robić? Bez sensu, na robienie kursu to już dziś za późno. Nie, w ogóle wszystko nie tak. Trzeba sobie rozpisać szczegółowy plan. Tamten był beznadziejny, bo nic nie wychodzi. A w ogóle to kiedy ja mam to wszystko robić? Ciągle tylko gary, sprzątanie, Co ja jestem, służąca? Nikt mi nie może pomóc? Mam tego dość!

Kochanie? Już jesteś? To już tak późno? Opowiadaj, co w pracy? Zjesz coś? Kawkę Ci zrobić? Nie, no pewnie włącz sobie wiadomości. Film się zaczyna, obejrzymy? No miałam się dzisiaj uczyć, ale jakoś brakło czasu. W ogóle jakaś zmęczona się czuję. Pójdę dziś wcześnie spać. Tak, jak się porządnie wyśpię, to jutro będę miała więcej energii do działania. Jutro na pewno się uda.

Robię sobie kanapki, chce ktoś? Proszę bardzo. Ja sobie jeszcze tylko maila sprawdzę. O, Ewcia napisała... uczy się, nie to, co ja. Dobra, od jutra biorę się za siebie. A co tam na FB? O, Kasia była. Kasia mówi, że mam depresję. Jakbym sama nie wiedziała. jak tu nie mieć, jak ciągle w kółko to samo. Brak kasy, nuda, sprzątanie... Ciekawe co w necie na ten temat piszą... Co już północ??? Nie, no nie będę o tej porze myć garów, rano umyję...

wtorek, 30 sierpnia 2011

Koniec wakacji

Jako że studia skończyłam prawie dziesięć (ała, już???!) lat temu, tyleż to lat pojęcie wakacji jako takich średnio mnie dotyczy. Zważywszy na fakt, że studia były zaoczne, i w zasadzie miały być łączone z pracą to pojęcie owo nie dotyczy mnie jeszcze dłużej. W pierwsze lato po skończonym liceum podejmowałam się mniej lub bardziej popłatnej, absorbującej i krócej lub dłużej trwającej aktywności zawodowej, by pod koniec sierpnia ugrzęznąć na równiusieńki rok na stażu. A potem było już tylko gorzej. Bo albo pracowałam, albo - co gorsza - szukałam pracy. Kiedy jest się w wieku, w którym pracę mieć wypada, okres wakacyjny jest okresem mocno denerwującym. Lato jest, czas jest, a nie można go wykorzystać zgodnie z przeznaczeniem, bo od czego tu wypoczywać? I jakim prawem? Bezrobotni nie są zmęczeni, bo nie pracują. Poza tym bezrobotnych nie stać na wakacje i takie tam.... Tak mają się również sprawy i w roku obecnym. Ale ja w sumie nie o tym.

Jakkolwiek rzecz by nie wyglądała pod względem statusu zawodowego, finansowego, i stanu posiadania wolnego czasu, koniec wakacji dobija mnie, wprowadza w stan chandry, smutku, zadumy nad przemijaniem. Zawsze. Bez wyjątku. Gorzej niż koniec roku, czy kolejne urodziny. Nienawidzę końca wakacji!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wyginam śmiało ciało!

No proszę, grunt to nie spinać się za bardzo. Moje słynne już ćwiczenie za nic nie chciało się wykonać, więc po prostu zignorowałam je, zajęłam się innymi. Dziś po niedzielnym odpoczynku podeszłam do tego jeża znowu. I udało się! Plan wprawdzie zakłada setkę powtórzeń, a ja zrobiłam tylko dziesięć i to niemrawych w obawie, że jutro znów nie będę mogła ruszyć ani rączką ani nóżką. Do setki dobiłam innymi. Jutro kolejna dziesiątka, a jak dobrze pójdzie, to może i dwie:)

Upał zelżał już wczoraj, więc da się żyć. Roman od jakiegoś czasu uznaje, że piąta rano to jest doskonała pora, by pobiegać w dzikim galopie po domu. Spać się przy tym nie da, więc wczesne wstawanie załatwia się samo. Lubię te moje poranki. Wprawdzie wolałabym, by były bardziej aktywne, by robota szła już od rana, ale jestem tak rozespana, że nie ma na to szans. Ale za to mogę spokojnie przejrzeć pocztę, odpisać na maile, pisać bloga, czy zaczytywać się w innych. To, co tygrysy lubią najbardziej. A kiedy już obudzę się na dobre, zostaje cały dzień do wykorzystania. Jest dobrze.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Duszę się!

Zebrawszy poprzedni tydzień do kupy w końcu się zdiagnozowałam. Już wiem o co w tym wszystkim chodzi i czemu jest tak bardzo nie tak.
Duszę się z samotności. W domu nie ma do kogo mordki otworzyć, bo w domu nikogo nie ma. Pójść nie ma dokąd, bo wszyscy normalni ludzie pracują, poza tym - najnormalniej w świecie nie ma pieniędzy, by chociażby umówić się z kimś na jakąś kawę.
Duszę się w moich czterech miejskich ścianach. Balkon nie wystarcza jako namiastka lata na plaży. I to wcale nie jest tak, że ta plaża musi być jakaś karaibska od razu. Wystarczyłaby byle jaka, nad spłachetkiem jeziora, gdzie można by popływać, poopalać się, naładować akumulatorki. Ale - wiadomo. Samochód chwilowo nie żyje, kasy na jakikolwiek autobus nie ma i nie ma z kim i dokąd się wybrać.
No i duszę się od tych upałów! Jednak się starzeję. Nogi spuchnięte jak balony, pot leje się po ciele, mózg lasuje się z gorąca - trudno o aktywność, samorealizację, wykreślanie kolejnych punktów z kalendarza.

Trochę mi lepiej z myślą, że niepotrzebnie dręczyłam się swoją niemocą i wciąż przegrywaną walką z samą sobą. W tych tropikach każdy przegrywał. Dołożyć do tego siłę wyższą, czyli brak możliwości takiego prawdziwego resetu, zrobienia czegoś innego, przyjemnego - to musiało się skumulować.
Są i wnioski. Wiem już, co mi dolega i to dobrze. Gorzej, że zmienić się tego już nie da tego lata. Wniosek smutny jest taki, że to już któryś raz z kolei, kiedy ze smutkiem zamykam okres letni obiecując sobie, że to już ostatni raz. I boję się, że w przyszłym roku powiem to samo:(
Mam zamiar to zmienić. I nie będę z tym czekać do przyszłego lata. Chcę wyjść z domu. Jak najszybciej, kiedy to tylko będzie możliwe. Pojechać choćby do sąsiedniego miasta na kawę, a potem do innego miasta. A potem w góry, a potem w doliny... Nie chcę się już więcej dusić.

sobota, 27 sierpnia 2011

Pętla

Codziennie rano dochodzę do wniosku, że poprzedni dzień był do niczego bo (wstawić milion powodów), ale zamiast narzekać zmobilizuję się i dziś będzie inaczej. Następnie dzień mija jak co dzień - na niczym, wieczorem stwierdzam, że to było bez sensu, ale jest już za późno by cokolwiek zmienić, ale od jutra....
Następnego dnia wstaję rano i dochodzę do wniosku....

I można by tak w nieskończoność.

piątek, 26 sierpnia 2011

Sztywno i smutno.

Niewykonalnego ćwiczenia miało być sto powtórzeń na dzień. Pierwszego dnia z wielkim bólem i stękaniem wykonałam pseudo 20, potem dziesiątkę następnego z listy (też więcej nie dałam rady), a potem dobiłam do setki trzecim. Już wieczór wskazywał na to, że poczuję swoje ciało. Ale poranne zakwasy dnia następnego zwaliły mnie z nóg. W związku z faktem, że dzień był do kitu - odpuściłam sobie ćwiczenia całkiem (ciekawe gdzie tak naprawdę tkwi przyczyna, a gdzie skutek, ale o tym później). Jeden dzień mnie nie zbawi, a i tak ćwiczę w soboty, chociaż plan zakłada przerwę weekendową. Dziś już odpuścić nie mogłam - wiadomo im dłuższa przerwa, tym trudniej wrócić do rytmu. Ale... nie jestem w stanie wykonać tego ćwiczenia ani razu! Mało sobie kręgosłupa nie złamałam próbując nabrać rozmachu. Odpuściłam, to znaczy przeszłam do takiego ćwiczenia na liście, które daję radę wykonać. Jutro znów spróbuję, a potem znowu i znowu. W końcu kiedyś je robiłam! To niesamowite, jak moje ciało zesztywniało, jak straciłam elastyczność mięśni i kręgosłupa. Boli. W ambicję.

Wczorajszy dzień był smuuuuuuuuuuuuuuuutny, właśnie taki. Przeciągle smutny. Nie chciało mi się kompletnie nic i kompletnie nic nie robiłam, tylko smutałam ile dusza zapragnie. I od tego robiło mi się jeszcze bardziej smutno. Dobija mnie, że całymi dniami jestem sama. Misza żyje własnym życiem - wiadomo - nastolatek. Nieślubny 14 godzin poza domem. A ja mam swoje sprzątanie i jakieś dziwne listy zadań. I zero napięcia czasowego, więc mobilizacji żadnej.
Ale myślę sobie, że przyczyna tego wczorajszego stanu może leżeć gdzie indziej. Po pierwsze jakoś ostatnio rozmyły mi się poranne śniadanka, po drugie ten wczorajszy brak ćwiczeń. Może to sprawiło, że nie miałam zupełnie energii?
Do tego źle sypiam, łażę po nocach, także do lodówki, a potem cały dzień jestem nieprzytomna.

Nic to, ponarzekałam sobie:) A po wczorajszym rozmemłaniu biorę zad w troki. Gimnastyka odfajkowana, śniadanko również, teraz relaksik przy kawce. I może z dzisiejszego dnia coś będzie?

czwartek, 25 sierpnia 2011

Łomatko!

Zmieniłam ćwiczenie, które wykonuję, bo tak zakładał mój plan. To znaczy miałam zmienić, tylko że... Nie daję rady go wykonać!!! Jestem sztywna niczym kijek od szczotki a moja dupa jest za ciężka, by nią rzucać tak jak owo ćwiczenie tego wymaga. Porażka na całego.

Zejdzie mi skóra z pleców. Już są bąble. I tyle było szekuladki:(

Do kolejnej rekrutacji mnie nie zaproszono. Podobno nie spełniam wymagań formalnych. Jakoś nie mogę się dopatrzeć, w którym punkcie takowych nie spełniam, ale... pies ich drapał. I tak nie chciało mi się jechać do tego Wodzisławia.

Za dobrze mi było i mogłam narzekać na pierdoły. Znów świat wali mi w pysk na opamiętanie, a robi to za pomocą pracy Nieślubnego. Dzieją się tam sceny dantejskie a warunki stają się nie do przyjęcia. I rozerwana jestem, bo rozumiem go. To już nie chodzi o godność, czy cokolwiek innego, ale o bezpieczeństwo. Tych kwestii nie można sobie odpuścić. Rozumiem i sercem jestem z nim. Ale jest jeszcze rozum. Co będzie, gdy straci tę pracę? Z czego będziemy żyć? Za co kupię dziecku książki? Co dalej??? Boję się...

środa, 24 sierpnia 2011

Naprzód. Wciąż naprzód.

Przyznaję. Zabolało. Wizja rychłego pójścia do pracy tak mi się spodobała, że rozczarowanie rzuciło mną o deski i odechciało mi się czegokolwiek. W końcu po co się spinać, skoro i tak nadal całe dnie będę spędzać w domu? Równie dobrze można odłożyć zadania wszelakie na bliżej nieokreślone "jutro"...

O nie, nic z tego! Przygotowuję się do kolejnej rekrutacji i szukam następnej by mieć w zapasie. A w międzyczasie robię swoje! Nie mam zamiaru "na jutro" odłożyć życia! Mam je tylko jedno!

wtorek, 23 sierpnia 2011

Marnuję czas

I wyleguję się godzinami na balkonie, bo co mam lepszego do roboty... Mam i to mnóstwo, ale wszystko może poczekać. Świat się nie zawali. Jeszcze w ostatnich dniach sprężałam się trochę, bo miałam nadzieję, że niedługo pójdę do pracy. Od wczoraj są wyniki ostatniej rekrutacji - konkursu. Jak zwykle wygrał ktoś inny, więc jako bezrobotna mogę wylegiwać się dalej. Kto powiedział, że jak mam doła, to nie mogę przynajmniej być opalona?

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Szekuladka i szerszeń

Szekuladka to ja. Nie jestem już ruda, machnęłam sobie na głowie szekuladę. Raczej ciemną i nie wiem jeszcze czy taki kolor zostanie mi na dłużej. Na pewno jednak pozostanę przy brązach. Może z czasem wrócę w stronę w czerwieni, ale już bardziej jako jakiś miedziany połysk, niż ogniście czerwony łeb. Na razie poszukiwania koloru idealnego trwają.
Ponadto skóra też zaczyna wpadać w brązowe tony. Do ideału i w tym przypadku daleko, ale i tak mi lepiej niż w ciele o świnkowym kolorze. I życie jakieś piękniejsze, po zastosowaniu ilioterapii.

Szerszeń natomiast wtargnął wczorajszego wieczora do mojego azylu, mojej oazy spokoju, lenistwa, i nieróbstwa - do domu znaczy. I postrach siać zaczął tłukąc się nerwowo o zapaloną już lampę. Mój Nieślubny Hero stanął na wysokości zadania i utłukł dziada. Już wiem, do czego służy mężczyzna - a już myślałam, że tylko do wyprowadzania mnie z równowagi...

Wypoczęłam przez ten weekend, grzejąc moją nadwagę w promieniach balkonowego słońca. Do tego stopnia, że wstałam o nieprzyzwoicie wczesnej jak dla mnie godzinie. Dobrze się składa, po weekendowym lenistwie ze trzy dni zajmie mi doprowadzanie chatki do porządku. Przysięgam, że któregoś dnia powybijam te Krasnoludy!

sobota, 20 sierpnia 2011

Wyć mi się chce

Czuję się zaszczuta, zapędzona w kąt, zamknięta w klatce. Czuję jakbym zaraz miała się rozpaść na kawałki. Brakuje mi słonka, wiatru, wody, gór, przestrzeni.
Jak zwykle nie ma jak wyjechać nad wodę, jak zwykle nie ma pieniędzy na góry, jak zwykle wszystko jest ważniejsze.

Ogłaszam bunt. W głębokim poważaniu mam swoją listę zadań, sprzątanie i gotowanie. Idę się opalać na balkon. Tyle mojego.

piątek, 19 sierpnia 2011

Aj tam, Aj tam...

A gdzie ja będę smędzić, rozczulać się nad sobą i rozkładać na czynniki pierwsze wszystkie swoje niepowodzenia, jeśli nie tu? Co pocznę, kiedy nie będzie mi się chciało nic, z wyjątkiem ogłoszenia całemu światu, że złamał mi się paznokieć, lub spadł na mnie równie istotny kataklizm? Gdzie indziej będę mogła kreować samą siebie lepszą niż jestem, by potem dochodzić do wniosku, że moje wypociny mają głębię kałuży a ja sama jestem rozmemłaną starą babą? My blog is my castle i... dobrze mi tu:)

I już.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Ni to ni śmo

Ani ten blog historią życia, ani literaturą, ani o motywacji i realizacji, ani... sama już nie wiem co. Misz-masz, pomieszanie z poplątaniem.
Podzielić to jakoś, prowadzić kilka? Skasować w piguły? Zostawić jak jest? A może wrócić do papieru? Jakoś brakuje mi najzwyklejszego w świecie pamiętnika...

Czasem wstydzę się tego co tu napisałam...

środa, 17 sierpnia 2011

Śpię

Na rzęsach mogę stanąć, a nie potrafię obudzić się o przyzwoitej godzinie. Dzień zaczyna mi się koło południu i doprowadza mnie to do szału, bo na nic nie mam czasu. W związku z powyższym moje ambitne plany żeglują w okolice Bahama...

Nie no, nie jest tragicznie. Ćwiczę dzielnie, choć mi się nie chce. Zmuszam się i na razie nie zdarzyło mi się odpuścić codziennej porcji wygibasów. Efektów brak, ale może jeszcze trzeba poczekać? Cel nadal ten sam - zejść do 65 kg.
Zmieniłam trochę front i zamiast po kawałku robić wszystkiego, dziobię jedno z zadań aż do zakończenia. Skrzynka mailowa posprzątana, teraz tłukę notatki z technikum. Aż mi się znudzi, wtedy pewnie wrócę do metody "po troszku". Na horyzoncie rysują się już nowe zadania, ale nimi się zajmę, jak mi się obecna lista "to do" skróci do minimum:)

czwartek, 11 sierpnia 2011

Nic nowego

Banał nuda i cykliczna powtarzalność.

Nie ma to jak załamać się, następnie dojść do wniosku, że nawet własne załamanie jest głupie, infantylne i bezsensowne oraz mało spektakularne, samozkrytykować się do cna wylewając na siebie wiadro pomyj, dalej pozbierać się, odpękać dwie rozmowy kwalifikacyjne jedna po drugiej, wrócić do domu z zamiarem "rozpoczęcia (po raz n-ty) nowego życia" by przekraczając próg pieleszy skonstatować, że sąsiad znów zalał mieszkanie...

Nawet nie ma czym się chwalić. Robi to średnio raz do roku. Zadziwiające, że jego syn w tym roku jeszcze nie narzygał mi na parapet. Pozostaje chyba tylko poczekać aż cykl się dopełni.

Już nawet nie chce mi się tym faktem wkurzyć...

środa, 10 sierpnia 2011

Hipokrytka?

Coś mnie swędzi w mózg. Muszę odkopać pokłady dawno nieużywanych szarych komórek by dokopać się do tego swędzącego miejsca i dowiedzieć się co swędzi.

Co mam?
- Psychozę depresyjno - maniakalną i to w jakimś chorym stadium, bo fazy manii stały się już tylko fazami jakiegoś pseudo - działania.
- nerwicę
- ADHD - też jakieś lewe, bardziej ADD
- syndrom DDA - to na pewno
- jakieś paranoidalne schizy
- i kupę jakichś pomniejszych zaburzeń, którymi nawet nie warto się zajmować.

Czego nie mam?
- pieniędzy
- pracy
-urody
-figury
- i miliona rzeczy, bez których nie mogę być szczęśliwa.

Jakiś paradoks mną rządzi, bo rozpaczam nad sobą, życiem... Łkam spazmatycznie, że nie mam już sił, że nie dam rady i naprawdę czuję się bezsilna i niezdolna do działania. Jednak ja to nawet w prawdziwą depresję nie mogę wpaść, w taką ostateczną, by skamienieć do cna, przestać zwracać uwagę na dziecko, przestać jeść, myć się i nie wiem co jeszcze. I tak się bujam na swojej huśtawce. Tracę czas na płacze i lamenty, potem usiłuję go nadrobić, ale mi nie wychodzi, bo nie ma szans na dogonienie czasu. Potem znów coś, jakaś błaha przyczyna, albo i jej brak wpędza mnie w otchłań rozpaczy pod kocykiem i kółko kręci się od początku. Zapędów do prób samobójczych brak. Życzę sobie zasnąć i nie obudzić się więcej, po to, by móc z czystym sumieniem mieć wszystko w... poważaniu, ale kroków ku temu nie podejmuję. Nawet w okresach bezsenności boję się pojedynczej tabletki nasennej. Tak naprawdę, panicznie boję się że coś mi się stanie, albo Miszy, albo z domem (pożar, wybuch, cokolwiek), aż do zeschizowania. Więc nie - jednak nie chcę umrzeć.

Liczę:
- ilość powtórzeń ćwiczeń
- ilość maili usuniętych /do usunięcia
- lekcji do zrobienia/zrobionych
- kątów w domu posprzątanych/do posprzątania
- przepisanych/do przepisania notatek
- przeniesionych /do przeniesienia plików
- i kupę innych bzdur

by nie liczyć że wciąż brakuje
x zł by zapłacić mieszkanie
x na akumulator
x na wyprawkę szkolną dla M
x na milion absolutnie niezbędnych rzeczy/opłat itp.

Wyznaczam sobie milion dziwnych zadań, że niby taka fajna jestem, bo co ja sobie będę zaprzątać głowę problemami, lepiej zająć się czymś pożytecznym, czymś na co mogę mieć wpływ. Gówno z tego robię, bo zawsze ktoś lub coś mi w tym przeszkadza, a to dobry powód, by znowu się załamać i nadal nie robić, bo przecież trzeba popłakać nad sobą.

Wniosek nasuwa się, że ja to chyba nie chcę być szczęśliwa, że oszukuję samą siebie, że tak naprawdę sadystyczno - masochistyczną przyjemność sprawia mi taplanie się we własnych smutkach i nieszczęściu.

No, skoro tak...

Sprzątam dom. Na błysk. Na stół kładę śnieżnobiały płócienny obrus haftowany richelieu. Zapalam świece. Otwieram czaszkę, rozpruwam klatkę piersiową. Na mój pięknie przyozdobiony stół wywalam mózg, obok niego rzucam ochłap serca. Egocentryczna orgia gotowa. Oto ja. W pełnej okazałości. Czy spodobam się sobie?

wtorek, 9 sierpnia 2011

Banał

Już nawet w cierpieniu nie ma odrobiny poezji ni romantyzmu. Zawalił się świat. Znowu. Na głowę. Ból rozrywa ciało na strzępy, głęboki skowyt grzęźnie na dnie duszy. Oczy puste, wyschnięte, zgaszone szukają ratunku. Przed czym? "Przecież nic się nie stało, o co ci w ogóle chodzi?"
No tak, skoro nic się nie stało, idę do kuchni. Gary się same nie umyły

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Brak słów

Nie umiem już pisać. Nawet słów już nie mam...

poniedziałek, 25 lipca 2011

Zaczynamy!

Nowy tydzień powitał mnie szarówką taką, że nic - tylko wyć. Albo wrócić do ciepłego łóżka i poczekać na zmianę pogody.
Tymczasem odskakałam już swoje, wodę wypiłam, śniadanko zjadłam i tylko zastanawiam się po co, skoro waga i tak stoi w miejscu. W obwodach też zmian raczej nie widzę. Nic to, doskaczę do końca miesiąca a na sierpień zmieniam ćwiczenie - powracam do stareńkiego planu gimnastycznego, którego jak dotąd nigdy nie udało mi się zrealizować. Może tym razem...

Misza wrócił z obozu wcześniej niż było planowane. Zaparł się kopytami i trzeba go było przywieźć. Trochę się bałam tego końca wolności, ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Na weekend nie planowałam przecież nic, a i tak trochę podciągnęłam pewne sprawy. Więc nie jest źle. Największe krowy, które mam do ruszenia, w których mam największe zaległości, to szorowanie chatki i kurs komputerowy. W sobotę go w końcu ruszyłam. Pisanie raportów jest nudne jak flaki z olejem i normalnie odrzuca mnie od tego. Oj będzie mnie to kosztowało mnóstwo samozaparcia!

No nic, do dzieła!

piątek, 22 lipca 2011

O Niechcieju i Tadam

Niechciej mnie ogarnął taki paskudny i włochaty, że się normalnie funkcjonować nie da. Zupełnie tak samo jak lat parę temu u siostry. Jednego dnia żadna z nas nie kiwnęła palcem, bo samo kiwnięcie powodowało strugi potu lejącego się po tyłku, kolejnego dla odmiany lało, ciśnienie czołgało się gdzieś po glebie, też się robić nie dało. "Wszystko przez tę pogodę" - Stwierdzałyśmy.
Teraz przeważa szarość z burością i czołgającym się ciśnieniem. Ale ja wiem, że to ściema. To Niechciej tak kręci rzeczywistością. Wciąga na siłę do łóżka, bo tylko tam jest przyjemnie. Podsuwa pod nos skakankę i mówi: "Spocisz, się, zmęczysz, po co ci to, zresztą i tak jest już za późno na ćwiczenia. Lepiej zobacz czy na Facebooku coś nowego się nie pojawiło. Odpocznij sobie, niedługo wraca Misza już nie będzie wolnej chaty. To ostatnie chwile luzu dla Ciebie".
Przegoniłam Dziada tą skakanką właśnie. Wprawdzie dużo później niż zamierzałam - w łóżku rzeczywiście jest przyjemniej niż w innych zakątkach świata - ale liczy się fakt.
Moje wakacje zaczęły się 20 czerwca. I od tej chwili właśnie miałam "zmieniać swoje życie". I od tej chwili rozpoczyna się mój Plan. I tak z dniem dzisiejszym "odskakałam" wszystkie zaległości i od poniedziałku mogę zmniejszyć dzienną porcję skoków. Tadam!
Ja wiem, to tak nie działa, nie da się wyćwiczyć zaległości, czy poćwiczyć na zapas. I śmieszna jestem z tymi zaległościami. Podobnie było z uzupełnianiem greckiego bloga. Ale skoro mnie taka rozpiska pasuje, skoro ja się z tym dobrze czuję, to kto powiedział, że mój Plan nie może być śmieszny?

czwartek, 21 lipca 2011

Poległam

Nieślubny ma rację. Za dużo chcę i potem denerwuję się, że mi nie wychodzi. I niby to wiem, a jednak uparcie stawiam przed sobą miliony mniejszych lub większych celi i zadań do zrealizowania, a potem tylko frustracja, zmęczenie, zniechęcenie i... siup pod kocyk poużalać się nad sobą... I cała zabawa zaczyna się od początku.
Dokonałam już drastycznych cięć w Planie. Trzeba było sobie zdać sprawę z faktu, że wszystkiego się zrobić nie da, że skoro zamierzam wykonać zadania, przy których spędzę sześć godzin przy komputerze, to nie ma szans, by jeszcze poświęcić godzinkę pielęgnacji własnej, godzinkę na obiad, dwie godzinki na sprzątanie, a potem jeszcze zakupy, książka, film, język, ćwiczenia - i to wszystko tak, by rodzina nie ucierpiała. A jeszcze przecież są sprawy, urzędy, rodzice, znajomi...
Poza tym wszystkim, przecież kiedyś w końcu wrócę do pracy! Nie chcę być wtedy zmuszona do pozostawienia wszystkich moich zajęć odłogiem, bo to doprowadzi tylko do złego samopoczucia, żalu, że nie mam czasu na swoje ważne dla mnie sprawy. Plan musi działać również w moim trybie pracującym! Dlatego wprowadzam kolejną modyfikację. Z założenia weekendy są wolne. Na sobotę i niedzielę nie planuję absolutnie nic. W praktyce - jak znam życie i tak poświęcę je albo na odrabianie zaległości z tych dni, kiedy nie uda mi się wykonać wszystkich punktów, albo na robienie "na wyrost", bo ja nie jestem z tych, którzy potrafią plackiem przeleżeć cały dzień. Chociaż - z drugiej strony - zdarza mi się. I sztuka polega na tym, żeby móc sobie na to pozwolić bez wyrzutów sumienia. By móc wyjechać z rodziną na weekend i nie zastanawiać się, że "przecież w ten weekend miałam coś do zrobienia"

Howgh! Napisane - zaklepane. Biegnę działać, bo nie samym planowaniem żyje człowiek, czasem jeszcze warto coś zrealizować:)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Jeszcze jedno

Jeszcze o jednym zapomniałam. Plany trzeba układać pod siebie, a ja właśnie zapomniałam o jednej mojej paskudnej przypadłości. Że kiedy zdarzają się porażki (a komu się nie zdarzają?) To ja przechodzę prawdziwe załamanie. I nie jestem zdolna do jakiejkolwiek aktywności. Plan wtedy sypie się całkowicie, a przecież idealny Plan musi być Realny!
Świadomość tego ile rzeczy mam do zrobienia pozwoliła mi się szybciej niż zwykle pozbierać po ostatniej załamce. W końcu wiedziałam, że prędzej czy później wyjdę spod mojego koca a ilość zaległych zadań mnie przywali jak kolejny mur nie do przejścia. Ale takie chwile są i będą. Więc trzeba je w planie uwzględnić.
Wobec tego planujemy jeszcze troszkę mniej. Jeśli wszystko będzie ok, po prostu zrobię więcej niż jest zaplanowane. Jeśli znów ucieknę pod kocyk - straty nie będą takie wielkie.

Do dzieła!

piątek, 15 lipca 2011

W łeb

No jak człowiek jest głupi i naiwny, to czasem musi przez łeb oberwać, by wpadł na oczywiste rzeczy. W moim planowaniu zupełnie nie wzięłam pod uwagę, że czasem trzeba coś załatwić, zobaczyć się z rodzicami, czy ze znajomymi, czy po prostu wypadają nieprzewidziane sprawy czy okoliczności - co skutkuje dramatycznym kurczeniem się posiadanego czasu.
I tak wczoraj odbyłam nieprzewidziany kurs do sąsiedniego miasta, wyprawa niespodziewanie się przedłużyła, potem wypadło milion przeszkód, do tego kontuzja nogi, która spowalniała moje marsze w Bardzo Ważnych Sprawach... Jednym słowem - porażka. Z wczorajszego planu nie wykonałam absolutnie nic.
Dziś od rana szaleję. Do tej chwili mam już wyprowadzonego na czysto greckiego bloga. (Teraz tylko nie zwalniać tempa i póki mogę popracować "do przodu".) Wyskakałam 1500 skakanek, odpisałam na zaległe maile i wyczyściłam starą pocztę za wczoraj i za dzisiaj. Porobiłam przelewy; woda, śniadanko - zaliczone.
Biegnę działać dalej, w międzyczasie będę obmyślać kolejną wersję Planu Doskonałego

środa, 13 lipca 2011

Zmiany w planach

Robię sporo i to dobrze. Jednak nie jest tak, jak bym chciała. Za dużo chcę zrobić na raz, więc w konsekwencji robię za mało. Żeby plan był udany, musi być realny, więc pora wprowadzić modyfikacje.
Za dużo sobie wrzuciłam "komputerowych" zadań. Zajmuje to za dużo czasu, który z powodzeniem można by wykorzystać inaczej. Dlatego z punktów dotyczących pozbywania się śmieci z komputera zostawiam na tę chwilę tylko sprzątanie maili. Wywalenie codziennie jednego, najstarszego miesiąca, razem ze skopiowaniem plików, czy ważnych informacji, które te maile zawierały nie będzie stanowiło problemu. Do końca wakacji się z tym spokojnie wyrobię.
Reszta planu - jak na razie pozostaje bez zmian. Wczoraj i dziś zaliczyłam po 1000 skoków na skakance. Jeśli kontuzja nie przeszkodzi (coś mi się w stopę lewą zrobiło) mam zamiar kontynuować. Na razie kicam mimo bólu.
Domek się sprząta, czego jeszcze nie widać, bo zaczęłam od zamkniętego pokoju Miszy, wykorzystując jego nieobecność. Ale już niedługo pójdę do kuchni:)
Woda się pije, śniadania się jedzą, wprawdzie nie po wstaniu, dopiero po ćwiczeniach, ale myślę, że tak tez może być.
Notatki z technikum ruszyłam w poniedziałek, ale wczoraj czasu już brakło
Kurs informatyczny leży i kwiczy.
Z greckim blogiem przestaję się wyrabiać.
Ze sobą, swoją "urodą" nie zrobiłam wczoraj nic - czasu brakło:(

Pożyjemy, zobaczymy - obcięłam trochę "obowiązków", powinno być już dobrze. Jeśli nie - dalej będę modyfikować

poniedziałek, 11 lipca 2011

Był sobie czerwiec

Ano był i się skończył. W maju udało mi się pozbyć siódemki, która uparcie wyskakiwała na wskazaniach wagi. W czerwcu miałam się doprowadzić do 65 kg. Niestety mi się nie udało i to tylko dlatego, że o to odpowiednio nie zadbałam.
Niezdarnie szło mi przestawianie się na tryb wakacyjny. Czerwiec upłynął na kończeniu rachmistrzowania, na kończeniu szkoły przez Miszkę i zawsze było coś ważniejszego niż zajęcie się sobą, swoimi celami. A kiedy Miszkowa szkoła się skończyła, to znów powstał problem, z pętającym się pod nogami człowiekiem, jęczącym "nudzi mi się". Wielu rzeczy nie mogłam zrobić przy nim, a miałam go cały czas. To nie jego wina, tylko moja, bo ubzdurałam sobie na przykład, że nie chcę, by moi chłopcy widzieli mnie ćwiczącą. I nie potrafię tego przełamać. Nie potrafię też zmobilizować się do kursu informatycznego, bo nie potrafię się skupić przy nich.
Dzisiejszy dzień jeszcze w rozsypce, bo od rana ostatnie pakowanie i odwożenie Młodego na miejsce zbiórki, skąd wyjechał na dwutygodniowy obóz harcerski. Ale już od dziś wdrażam w życie swój lipcowy plan:
- dzień zaczynamy od szklanki wody, zamiast kawy - podkręcamy metabolizm (dziś nie wyszło - jak mówiłam dzień w rozsypce)
- do pół godziny po wstaniu jemy śniadanko - podkręcamy metabolizm (dziś nie wyszło - jw. Śniadanko jem w tej chwili)
- rąbiemy codziennie 500 podskoków na skakance - bo chudniemy do 65 kg, plan z czerwca przeniesiony na lipiec. (dziś wykonane, zobaczymy co na to moja kondycja, bo chciałabym "odskakać" zaległe dziesięć dni)
- wywalamy codziennie stare maile z jednego miesiąca, ładujemy jeden folder z dysku na skydrive, kontynuujemy wysyłanie greczyzny do E. (trzeba się tego pozbyć z kompa)
- kontynuujemy uzupełnianie greckiego bloga
- sprzątamy po kawałeczku domek od podłogi po sufit
- nadrabiamy zaległości w kursie informatycznym
- porządkujemy notatki z technikum, po kawałeczku
- doprowadzamy ciało do porządku (pazury, depilacja, maseczki, masaże itp)
Trochę tego dużo, więc by wszystkiego dokonać wstaję wcześnie 6.00!

Ok. Zapisane - zaklepane. A teraz - do realizacji!

piątek, 24 czerwca 2011

Lato

Jest lato, są wakacje, Miszka skończył szkołę, ja skończyłam semestr. Teoretycznie powinnam mieć teraz masę czasu na to, na co zwykle mi go brakuje. Praktyka pokazuje mi figę.
Upadłam chyba na głowę, bo tak się ucieszyłam, że to już koniec egzaminów, prac, zaliczeń i teraz będę miała mnóstwo czasu, że od razu zapisałam się na kurs informatyczny. I pokarało mnie, za moją radość, że już nic nie muszę, że jestem wolna. Cały następny tydzień był pasmem niesprzyjających okoliczności, kolejne doby kurczyły się w jakiś magiczny sposób. Podobnie było w zeszłym miesiącu, kiedy wypisałam sobie wszystko co mam do zrobienia na kartce, po czym natychmiast przyszedł czas, w którym złośliwość świata i rzeczy martwych nie pozwoliła zrobić nic z tego, co sobie zaplanowałam.
Hmmm, chyba następnym razem wezmę na to poprawkę i w planach zarezerwuję pierwszy "czarny tydzień".
Pomimo wszystko są i powody do zadowolenia. Niemal cała tamta lista jest zrealizowana, przede wszystkim prace na greckim blogu posuwają się do przodu, egzaminy pozdawane, urzędy pozałatwiane. Jest dobrze.
A na wakacje plan jest taki (już po "czarnym tygodniu" więc mogę zapisać go bez obaw):
- dokończyć uzupełnianie greckiego bloga
- uporządkować, przepisać szkolne notatki
- wysprzątać domek od podszewki
- ćwiczyć, żeby schudnąć
- zrealizować ten kurs informatyczny
- wyprasować tę zaległą furę ubrań
- skończyć spis powszechny
- i wiele innych, jeśli starczy czasu. Nie wypisuję ich szczegółowo - przyjdzie i na nie pora:)

środa, 11 maja 2011

Nie ogarniam tej kuwety...

Nieślubny pracuje. Widmo przeprowadzki pod most oddalone, ale szału nie ma. Bieda z nędzą jak była, tak jest.
Ja teoretycznie pracy nie mam. Teoretycznie, bo w praktyce udzielam się jako rachmistrz spisowy, co oznacza, że nie potrafię sobie zorganizować dnia i z reguły zanim uporam się z mniej lub bardziej ważnymi obowiązkami domowymi, dochodzę do wniosku, że w teren już mi się nie opłaca iść i tak mi idzie ten spis jak krew z nosa.
Kończy się semestr w szkole, więc znów szaleństwo pisania prac, zaliczeń, egzaminów. Powinnam robić dużo, nie robię nic.
Wczoraj w Warszawie był egzamin z greckiego, na który oczywiście nie pojechałam. Żeby się pocieszyć, złożyłam sama sobie uroczystą przysięgę, że w przyszłym roku może mnie powstrzymać tylko życie (brak kasy, brak możliwości czasowej na wyjazd), ale moja wiedza będzie do tego egzaminu gotowa. Nawet poświęciłam chwilę na naukę, pomimo ogromnego fizycznego zmęczenia (trwające godzinę w jedną stronę spacerki na miejsce spisu są wykańczające) z czego jestem obrzydliwie dumna.
Mam chwilę spokoju, więc wyciągam kalendarz i robię ogromną listę: "to do" bo się gubię. Za dużo tego jest. A potem będę już tylko wykreślać. Muszę dać radę!

środa, 27 kwietnia 2011

Wracam na ring

Jest źle. Bardzo źle. Mam kilka dni na zorganizowanie kasy na bieżące rachunki i nie mam na to szans. Bez pożyczek się nie obejdzie. A jak tu pożyczać, jeśli nie wiem, czy i kiedy będę mogła oddać?
Wiosna przyniosła nadzieję. Taką bezpodstawną. Takie poczucie, że to już koniec tego koszmaru, że jeszcze chwilkę i samo się rozwiąże. Zadzwoni ten cholerny telefon, albo spotkam odpowiednią osobę, wydarzy się coś - nie wiem co - co wszystko zmieni. Na długo tej nadziei nie wystarczyło. Wczoraj obudziłam się z poczuciem ogólnego bezsensu, znów zbyt ciężka by wstać z łóżka, by zrobić cokolwiek, by żyć. Kłóciłam się sama ze sobą pod moim kocykiem. Moje "a po co robić cokolwiek" walczyło z "nie marnuj czasu, wykorzystaj go na to, co możesz". Skrzyczałam samą siebie grubym słowem, za to, że nie widzę możliwości tylko ograniczenia, za swoją nieumiejętność życia, za tą depresyjną stronę mnie samej. Jasna dupa, przecież jestem matką! Jestem odpowiedzialna za drugiego człowieka! Nie mogę pozwolić by tak żył! Jestem kobietą i matką - a to znaczy, że jestem zdolna do rzeczy, o jakich filozofom się nie śniło, że mam w sobie pokłady siły, jakich nie ma najsilniejszy facet na świecie.
Wstałam więc z łóżka. Działam, żyję. Będzie dobrze!

wtorek, 22 lutego 2011

Nic nowego

No to przepadłam. Znalazłam masę ciekawych blogów na temat nauki języków... Wczoraj zarwałam nockę i przeczytałam pierwszy, dzisiaj drugi (już prawie południe a ja jeszcze z betów nie wyszłam). Cholera, a miałam porządnie posprzątać mieszkanie (wczoraj się nie posprzątało, kiedy ja jeździłam po urzędach m.in z jego papierami, wystarczy że zrobił obiad, prawda? Kuchnię sprzątnęłam sama), zrobić zakupy, obiad, napisać aplikację do pracy i - co najważniejsze - pouczyć się solidnie. Pouczyć, a nie poczytać o tym jak się uczyć! Ech... Nie mówiąc już o tym, że mam kolejne dwa kilo w górę i ciągle czuję ssanie w żołądku. Dziwne, nie mam prawa być głodna a mnie ssie. Co się dzieje?

piątek, 18 lutego 2011

Żal

Łączymy się w pary, wiążemy się z kimś trochę z wyrachowania, żeby miał nam kto podać tę przysłowiową szklankę herbaty.
Mam, co chciałam, nie powinnam narzekać. Mam swojej herbaty ile zapragnę. Szkoda tylko, że pranie powiesisz mi żebym nie musiała wychodzić z gorączką na balkon) "później" i to pod warunkiem, że jutro Ci przypomnę. Szkoda tylko, że jutro będę musiała zrobić zakupy, bo Ty nie wiesz, że chleb sam do domu nie przychodzi...
Wiesz co? Herbatę też sama sobie zrobię

wtorek, 15 lutego 2011

Walczę

Egzamin w zasadzie zdał się sam. Ech, żeby wszystko był takie proste...
Nieślubny po próbnym tygodniu nie dostał pracy. Jedynym plusem jest fakt, że wpadło parę złotych. Zawsze coś, choć niespecjalnie nas to ratuje. W jednej chwili chęć jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek walki o siebie została zabita. Znów uciekłam pod kocyk. Z oczu lał się żal do świata i brak nadziei że cokolwiek się zmieni, a ja sama próbowałam nie być. Instynkt kłuł szpilami w sumienie, kiedy widziałam smutne oczy Miszki, który nie powinien widzieć mnie w tym stanie. A niemoc z instynktem wygrywała. Nieślubnemu było przykro wiem, mówił o wyrzutach sumienia...
Wstałam przed wieczorem, wbrew chęci by zamieszkać pod tym kocem na miesiąc albo i dłużej - do czasu aż koło fortuny nie przetoczy się o 180 stopni. Wstałam, bo ktoś musiał zadbać o pieczywo na jutro dla Miszki do szkoły. Wstałam, bo cokolwiek by nie mówił tak naprawdę jestem sama. Mogę sobie płakać ile chcę. I będzie pocieszał i będzie obiecywał, że razem to przetrwamy. Ale nawet pieprzonej kolacji za mnie nie zrobi.

piątek, 11 lutego 2011

Co by tu najpierw...

Znów ta sama pułapka - za dużo chcę zrobić i w konsekwencji nie robię nic. W tej chwili najbardziej odbija się to na jutrzejszym egzaminie - czarno to widzę. Za to uporządkowałam kolejną porcję plików do nauki greckiego - został mi tylko milion, ale co tam:D No jak mam się uczyć o jakichś pieprzonych wektorach, siłach więzach i czymśtam jeszcze, skoro mam pomysł na nowego bloga? Skoro dwa greckie blogi leżą odłogiem a ja mam wenę na naukę greckiego? Skoro już są podane terminy egzaminów z języka a ja sobie obiecałam, że jeśli znajdę prace przed terminem zgłoszeń, to jadę spróbować swoich sił? A przecież jeszcze muszę obiad zrobić, posprzątać... No i przecież postanowiłam, że schudnę nie czekając aż będzie mnie stać na basen, owocki, warzywka i lekkie potrawy, więc macham kończynami w różnych kierunkach, kicam, tańczę i ogólnie wyginam śmiało ciało starając się wytrzepać w kosmos ten pieprzony tłuszcz. No więc nie ma szans,żebym wyrobiła się z tą mechaniką do jutra!

czwartek, 10 lutego 2011

Trzeba by...

W jednej z książek przeczytanych ostatnio, szalony psychiatra przepisał dziewczynie jakieś prochy, po których dostała niesamowitego przyspieszenia. Chęć działania wręcz ją rozsadzała od środka. Przydałaby się daweczka i dla mnie, bo niby mam dużo czasu ale jakoś mi się on rozłaaaazi...
Stanęłam na wadze, przekroczyłam już 70 kilo. O-MAJ-GAD! To jakiś koszmar, przecież jem tyle co nic, a ciągle jest mnie więcej i więcej i więcej...
Pojutrze egzamin a ja nadal w lesie. Nie potrafię się zmotywować. Już dawno od niczego mnie tak nie odrzucało, jak od tej wiedzy, którą powinnam przyswoić.
Ale gdzieś tam, wewnątrz mnie tli się chęć, by wreszcie (po raz n-ty, ale trzeba wierzyć, że tym razem się uda) wziąć się za siebie, wziąć się z życiem za bary...

wtorek, 8 lutego 2011

Gorzej

Misza wróci albo za godzinę, albo za chwilę - w zależności czy będzie miał dodatkowe zajęcia. Dzisiaj też nie posprzątałam, nawet nie wiem od czego zacząć. Obiadu nie ma, ale chociaż zakupy zrobiłam. W sobotę egzamin - nawet nie udaję że się uczę choć wiem, że powinnam.
Nie palę dwunasty dzień, bo nie mam na fajki. Wypłukałam wszystkie słoiki - starczyło na oszukaną kawę. Od dzisiaj odstawiam i ten nałóg. Co jeszcze? Z czego jeszcze mam zrezygnować? Włosy myję raz na tydzień, chyba że muszę gdzieś wyjść. Na czym jeszcze mam oszczędzić i jak?
Czekam aż PUP przeleje zasiłek - zapłacę czynsz. Skąd mam wziąć na dopłatę do ogrzewania - nie mam pojęcia. Pomyślę o tym jutro.

wtorek, 1 lutego 2011

Tworzę? Myślę? Jestem?

Otworzyłam pendrive ze szkicami blogowych zapisów. Coś się pokiciało z kodowaniem przy zapisywaniu i żadnym sposobem do plików dostać się nie można. Ładnych parę tygodni zapisków... Zadziwiające ale szlag mnie nie trafił, chociaż było blisko. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nawet nie wiem, nie pamiętam, co tam było, a zatem pewnie nic ważnego. W skrócie pewnie wyglądało to tak:
Nie mam pracy, za to mam czas, który efektywnie wykorzystam
Nie mam czasu, bo nic mi się nie chce, i dni mi się rozłażą
Och, co to będzie, przecież nie mam pracy
Nie mam pracy ale przecież sobie poradzę
Życie nie ma sensu, nie mam pracy. - W sumie chyba mała strata.
Tylko nasuwa mi się pytanie, po co w ogóle pisać, skoro to wszystko takie nieważne. W ogóle jakoś strasznie pokomplikowałam sobie życie na starość, nawet blogowanie... Kiedyś było takie proste. Siadałam i pisałam. Z sensem, bez sensu, smutno i śmiesznie. Dla siebie i dla przyjaciół. Bez analizy: Po co? Czy mogę? Czy tak a może inaczej?
Zdecydowanie za dużo myślę

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Z kronikarskiego obowiązku

Pierwszy miesiąc Nowego Roku zamykam w punkcie wyjścia. Pracy nie ma, kasy coraz bardziej nie ma, perspektyw i nadziei brak. Cud się nie wydarzył i nasz związek leci na pysk.

sobota, 1 stycznia 2011

Od nowa

Odetchnęłam z ulgą, kiedy wybiła północ i strzelił korek od szampana. Uff, mam za sobą ten trudny i smutny rok. Od teraz może być już tylko lepiej. Na szczęście zdołałam już wygrzebać się z depresyjnych myśli i Nowy Rok zaczynam z rozsądną nadzieją. Rozsądną, bo zamiast czekać aż cud do mnie mam przyjdzie mam zamiar sam po niego sięgnąć, czyli generalnie stawiam na rozwój. Łatwo nie będzie, bo już piętrzą mi się pod nogami sterty kłód rzucanych przez życie. Ciągle mam problem z określeniem priorytetów i miotam się między oddawaniem się jednej rzeczy z jednoczesnym ślepnięciem na cały świat, a łapaniem tysięcy srok za ogon. Ani jedno ani drugie podejście nie zdaje egzaminu a ja nie umiem wymyślić złotego środka.
Jak zawsze na początku roku ogarnia mnie syndrom nowego kalendarza. Najchętniej rzuciłabym się w wir porządkowania wszelkich notatek i zapisków, przepisywania tego co istotne, wyrzucania nieaktualnych śmieci. Powstrzymuję się ostatkiem rozsądku. Za tydzień pierwsze egzaminy, materiału do opanowania masa, a ja w lesie. Mózg mi się chyba zamknął na przyswajanie wiedzy. Coś czuję, że wybór tego kierunku był średnim pomysłem, że do niczego mi się to nie przyda. Ale przynajmniej na chwilę obecną mam zamiar skończyć to, co zaczęłam Już zastanawiam się ad kolejną szkołą, ale nie bardzo widzę coś, co by mnie natchnęło: "tak, to będzie dobry wybór, będę się z tym dobrze czuła i da mi to coś dobrego". Dochodzę do wniosku, że nie ma co na siłę wymyślać jakiegoś zawodu, najlepszym rozwiązaniem będą języki. Męczyć nadal ten grecki, a gdy tylko pojawi się taka możliwość, zapisywać się na kolejne kursy angielskiego, włoskiego, hiszpańskiego i jakiego mi tam jeszcze do głowy przyjdzie. No ale to na przyszłość.
W tej chwili nie mam pracy, a co za tym idzie - pieniędzy. Jak będzie praca, to pieniędzy, które będzie można przeznaczyć na samorozwój też może nie wystarczyć, poza tym znów może być tak jak wcześniej, że ciężko będzie pogodzić czasowo życie zawodowe z jakimkolwiek inny. Takich myśli mam mnóstwo. Staram się wyrzucać je z głowy natychmiast, kiedy się pojawią. W tej chwili staram się skupić uwagę tam, gdzie mam jakiekolwiek pole manewru. A więc szukanie pracy - koniec roku był pod tym względem koszmarny, nawet nie było gdzie wysłać CV. Miejmy nadzieję że teraz coś się ruszy. Skoro jestem w domu, staram się o niego dbać. Posprzątany zaraz po utracie pracy znowu zarósł brudem z przyczyn niewyjaśnionych. Doprowadzony do połysku na święta stanowi w tej chwili wyzwanie, by go w takim porządku utrzymać. Próbuję spędzać też czas z synem, czasem udaje nam się fajnie pogadać, czasem coś razem porobimy. Biedny dzieciak, znowu ucierpiał na moim "przeżywaniu". Sam był przyczyną niejednej wylanej przeze mnie łzy i strachu o to, co będzie dalej. Nic to, poradzimy sobie i z jego problemami. Ktoś nad nami czuwa, sprawiając że apogeum kłopotów z Miszą przypadło na moment, kiedy traciłam pracę. Z jednej strony podwójny stres, z drugiej - jak znak: Kobieto, wreszcie masz czas dla dziecka!
Związek z Nieślubnym tez noworoczny i odświętny. Po raz pierwszy z mojej strony padły słowa o rozstaniu. Bo jestem na nie gotowa, bo coraz mi ciężej, bo i tak czuję się sama. Postanowiliśmy spróbować raz jeszcze. Odkopać to, co było dobre, pracować nad sobą. Czas pokaże co z tego wyniknie.
Zaczynam Nowy Rok z czystą kartką. Zobaczymy czym ją - do spółki z życiem - zapiszę.

piątek, 3 grudnia 2010

Zaplątana

Właściwie to nawet nie wiem, kiedy tak się zaplątałam. Czytałam ostatnio korespondencję z D. z czasów, kiedy to uważałam siebie za niepoprawną optymistkę... I tak naprawdę z moich słów przebijam taka, jaka jestem naprawdę. Wszędzie widząca problem, samonakręcająca się na nie. Matko kochana, to jakiś koszmar! Jakim cudem sama ze sobą tyle lat wytrzymałam?
Czasem mnie to przeraża. Mam trzydzieści lat i stoję w miejscu. Wiadomo, jest ciężko. Albo wykańczająca praca, albo jej brak Ciągły brak kasy. Ciągły brak energii. To nie ułatwia niczego. Ale, na Boga! Dlaczego od lat grzebię się we własnym sosie, dlaczego tracę czas na znalezienie odpowiedzi, co ze mną jest nie tak, wspominam i idealizuję siebie z przeszłości?
W ten sposób mam zmienić to życie, którego tak nie lubię? Jakoś przez tyle czasu ten system nie zdał egzaminu. Jak mam zdobywać szczyty, przenosić góry, skoro nawet pomalowanie paznokci, czy zrobienie byle jakiego obiadu mnie przerasta?
Księżniczka jedna się nagle znalazła, psiakrew. Zapomniałam tylko, że na fochy i depresję to trzeba mieć wygląd i pieniądze. A jak się nie ma ojca króla to nie ma co czekać na księcia z bajki i happy end, tylko trzeba zakasać rękawy i złapać świat za gardło

wtorek, 23 listopada 2010

Jak zwykle

Jak zwykle mam w głowie milion "muszę", "powinnam", "trzeba", z którymi nic nie robię.
Jak zwykle dzień przecieka przez palce w objęciach książki. Dobrze jest pożyć chwilę życiem innych. Z każdą kolejną stroną problemy same się rozwiązują lub komplikują, zależnie od zamysłu autora. Nie trzeba myśleć, podejmować decyzji...
Myślę o sobie. Nie jestem bohaterką książki. Nic się samo nie stanie. Trzeba działać. Ale jak? W którą pójść stronę? Powinnam zrobić coś ze sobą. Nie mam szans na sukces, kiedy wyglądam i czuję się jak kupka nieszczęścia. Powinnam wyglądać jak milion dolarów, tylko jak to osiągnąć z pustym portfelem i z perspektywą, że z każdym dniem będzie tylko gorzej?

niedziela, 21 listopada 2010

Huśtawka

W górę i w dół. Od przerostu energii do totalnej depresji, czyli norma.
Obecnie pozbierałam się na tyle, by ułożyć włosy i wyleźć wreszcie na zakupy. Poza tym zrobiłam pranie, które ostatnio też mnie przestało i to by było tyle sukcesów na dzień dzisiejszy.
Zbliża się koniec roku, więc porządkuję trochę notatki, kalendarze, takie tam bzdury, by samą siebie oszukać, że coś robię. Na więcej nie mam siły ani tym bardziej ochoty.
Praca jest, to nieprawda, że jej nie mam. Ale ja wybrzydzam. Nie chcę się znowu bawić w sprzedaż. Za głupotę uważam zachodnie standardy, procedury, tajemniczych klientów, punkty, rankingi i cały ten cholerny wyścig szczurów. To nie jest mój świat, ja jestem z innej bajki.
Boję się ugrzęznąć na kolejnych kilka lat w czymś, czego nie trawię. Ale czy mogę sobie pozwolić na czekanie na pracę idealną? Tym bardziej, że sama nie wiem, czym dla mnie jest praca idealna? A żyć za coś trzeba...

sobota, 13 listopada 2010

A jednak do przodu

A jednak do przodu
Udało mi się ślicznie wysprzątać mieszkanie. Przypłaciłam to nawrotem uczulenia na dłoniach, ale mimo denerwującego swędzenia i szczypania jestem z siebie bardzo zadowolona. Teraz z braku innych zajęć, skupiam się na tym, by utrzymać ten stan. Przykro tylko, że jestem jedyną osobą w domu, której na tym zależy. Moi panowie ciągle ze zdumieniem patrzą na moją krzątaninę...
Skoro Plan Doprowadzenia Chatki został wykonany, pora na realizację następnego, czyli pora doprowadzić do ładu siebie. Jak już wspominałam nie stać mnie, by zrobić się na "milion dolarów", ale może chociaż na stówkę? Na pierwszy ogień idzie to, co rzuca się w oczy najbardziej, czyli włosy. Właśnie nałożyłam farbę i czekam na efekt. Tak jak z mieszkaniem. Pomalutku, etapami, doprowadzić się do stanu zadowalającego, a potem utrzymać. Nie pozwolić sobie na ponowne zapuszczenie się.
Jednocześnie, równie metodycznie przysiadam do greckiego. Zgodnie z sugestią Ani, pora przymierzyć się do pisania wypracowań. A skoro o wypracowaniach mowa, trzeba pozbyć się wiszącego nade mną widma prac zaliczeniowych do szkoły. Z tym idzie mi najgorzej, ale dam radę.
Podsumowując, jest nieźle. Posiadanie większej ilości wolnego czasu zdecydowanie ma swoje dobre strony!

piątek, 12 listopada 2010

Inaczej

To niesamowite jak czas potrafi zmienić ludzi. Nie wiem, kto jest winien i niewielkie ma to dla mnie znacznie. Może po prostu od początku nie byliśmy dla siebie i tylko potrzebowaliśmy czasu, by to zrozumieć? Dziś już wiem, co znaczy powiedzenie, że od samotności gorsza jest tylko samotność we dwoje.
Boli. Wszystko. Pewnie ma rację, kiedy mówi, że jestem egoistką. Może to ja powinnam o nas powalczyć, zamiast "wspaniałomyślnie" dawać mu szansę, żeby wszystko naprawił.
Tylko czy jest co naprawiać, skoro kiedyś byłam najfajniejsza na świecie, a teraz powinnam się leczyć?

czwartek, 11 listopada 2010

I w dół

Dobrej energii starczyło mi zaledwie na tydzień. Kiedy zgasło światełko nadziei, bo E. powiedziała, że u niej w firmie na razie brak zapotrzebowania na nowych ludzi, coś we mnie pękło. W jednym momencie pozbyłam się naiwnych złudzeń, że wszystko będzie dobrze. Przejrzałam na oczy i zdałam sobie sprawę, że w Internecie pracy nie znajdę, w Urzędzie Pracy tym bardziej. Trzeba zrobić porządek z CV i przelecieć się po firmach (tylko jakich?) mając świadomość, że i tak dokumenty wylądują w koszu. Znajomości nie mam żadnych, ba, ja na nawet nie mam znajomych! Czarno to wszystko widzę...
Tymczasem robię swoje. Mieszkanie zaczyna przeglądać na oczy. Oglądam sobie serial po grecku w Internecie. Dobrze, że czytałam wcześniej książkę, dzięki temu nawet jeśli nie wszystkie dialogi dobrze rozumiem, nie tracę wątku. Ciągle jeszcze goni mnie moja rozlazłość, przez co brakuje mi czasu na porządną naukę języka, czy napisanie prac do szkoły.
Złośliwość świata też daje się we znaki. Kiedy pracowałam, co rusz pojawiały się okazje do zrobienia różnego rodzaju kursów czy szkoleń. Za darmo lub za grosze. Problemem był czas. Teraz z kolei okazje się skończyły, nic się nie dzieje. A ja tak chciałabym wykorzystać jakoś konstruktywnie to przymusowe wolne. W życiu rzadko jest tak jakby się tego chciało, a ja ciągle nie umiem się do tego przyzwyczaić.

środa, 10 listopada 2010

Finansowo

Właściwie zmaganie się z kwestiami finansowymi to dla mnie nic nowego. Jedyna nowość polega na tym, że przychody jakie będę teraz osiągać, nie wystarczą nawet na bieżące opłaty. Stoję przed poważnym dylematem, jak zagospodarować to co mam. Zrobić porządne zakupy, zapasy kosmetyków, środków czystości, zapakować zamrażarkę po brzegi, zrobić porządek z samochodem dopóki są jakieś środki na to, czy raczej wydawać minimalne kwoty kupując to, co absolutnie niezbędne.
Ciężko podejmować jakiekolwiek decyzje nie mając żadnych danych. Nie wiedząc czy ta sytuacja jest przejściowa, czy trzeba raczej przyzwyczajać się do tego stanu, bo będzie trwać dłużej, może zawsze.
Działam na oślep, wpadam ze skrajności w skrajność... Zapowiadają się ekstremalne czasy...